Tyrają w niemieckiej rzeźni

W ogromnej rzeźni firmy Tönnies w Niemczech za 3,5 euro za godzinę haruje kilkuset Polaków. Wyłącznie nocami, od 18 do 6 rano. Siedem dni w tygodniu w przejmującym chłodzie. Nadzorują ich Polacy
Reportaż z Rietbergu

Pracują legalnie. Do Niemiec wysłali ich polscy pośrednicy, firmy mięsne IRC Czupryńscy z Nakła i Agro Visbek z Bydgoszczy. Mieli pracować jako pakowacze w wielkim zakładzie Tönnies w Rheda-Wiedenbruck pod Bielefeld w zachodnich Niemczech z miesięczną pensją od 700 do 1000 euro na rękę. I miały być godziwe warunki pracy.

Czar prysł pierwszego dnia. - Bez żadnego przeszkolenia ustawili nas przy taśmach. Kazali pakować mięso do pojemników z zalewą. Na godzinę trzeba było wyrobić 190 kg - opowiada Maria spod Szczecina, która tak jak wszyscy prosi o anonimowość.

Przemek: - Jednej osobie daje się pracę, do której potrzeba trzech ludzi. Mnie kazali pakować jadące taśmą mięso do kartonów, a potem stawiać je jeden na drugim. Kartony musiałem sobie najpierw przynieść i przygotować. Nikogo nie obchodzi, czy dasz sobie radę, czy nie.

Nielicznym, którym udaje się wyrobić normę, Tönnies obiecała po 4 euro za godzinę, tym, którzy przerobili mniej mięsa - 3,5 euro, więc miesięcznie, pracując po 12 godzin na dobę, powinni dostawać znacznie ponad 1 tys. euro. - Nie dostajemy tyle. Płacą nam w zależności od tego, ile mięsa przerobi się na zmianie. Najlepsi dostają po 800-900 euro miesięcznie - mówi Jarek spod Bydgoszczy.

Poza plastikowymi butami odparzającymi stopy i cienkimi fartuchami fabryka nie dała Polakom żadnej odzieży roboczej, a temperatura przy taśmach z mięsem nie przekracza kilku stopni.

Opornych poganiali polscy nadzorcy. - Wystarczyło odwrócić głowę, by usłyszeć wulgarne połajanki. Grozili też, że wyrzucą z pracy - opowiada Arek z Kujaw.

Polacy mieszkają w rozsianych po okolicach domkach jednorodzinnych. Do jednego z nich dotarłem w towarzystwie niemieckich związkowców.

Malutki parterowy domek stoi na uboczu w miasteczku Rietberg, jakieś 30 kilometrów od fabryki Tönnies. Wokół pola. Od najbliższych zabudowań jest kilkaset metrów. W domku gnieździ się dziesięciu mężczyzn i dziesięć kobiet. Śpią na piętrowych łóżkach po pięć-sześć osób w małych pokojach.

Cała dwudziestka ma do dyspozycji jedną łazienkę z ubikacją. Brud, żywność trzyma się w czterech małych lodówkach. Jeść za bardzo nie ma gdzie, bo za stołem w kuchni zmieści się kilka osób. Co tydzień z domu odchodzi kilka osób, które nie wytrzymują pracy i stać je na powrót do Polski na własną rękę. Co tydzień przyjeżdżają nowi.

- To wyzysk w najczystszej formie. Jestem wstrząśnięty - komentuje Werner Dümpelmann, jeden z towarzyszących mi związkowców.

Tönnies to jedna z największych rzeźni i przetwórni mięsa w Europie. Ma kilka zakładów w całych Niemczech. Rocznie ubija się w nich ponad 8 mln świń. Firma sponsoruje pierwszoligowy klub Schalke 04. W Tönnies nie ma rady pracowniczej, nie działają związki zawodowe.

O Polakach nikt w Tönnies nie chce rozmawiać. Zdaniem polskich pośredników, którzy wysłali ich do Niemiec, wszystko jest w porządku. - Tym, którzy się skarżą, widocznie nie chce się pracować - mówi Krzysztof Olek z Agro Visbek.

Niemieccy związkowcy chcą zainteresować sprawą niemiecką prokuraturę i urząd pracy. Interweniować będzie nasz konsulat w Kolonii.

Dziś do Rietbergu mają zjechać przedstawiciele Europejskiego Stowarzyszenia Pracowników Migracyjnych. Będą przekonywać oszukanych Polaków, by w sądach pracy składali przeciwko Tönnies i polskim pośrednikom pozwy za łamanie praw pracowniczych.

Zobacz także
  • Nie ma zmiłuj w rzeźni Tönnies
  • W rzeźni Tönnies ma być lepiej
  • Jak Polacy wyciągają azbest z s/s "Rotterdam"
Skomentuj:
Tyrają w niemieckiej rzeźni
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najnowsze informacje