Rumuński parlament zawiesił prezydenta

Najpopularniejszy rumuński polityk prezydent Traian Basescu został wczoraj tymczasowo zawieszony przez parlament. Kraj czekają nowe wybory głowy państwa
Bez względu na to, czy zgodnie z zapowiedziami po tej decyzji prezydent 22-milionowego kraju złoży rezygnację, czy nie, to naród zdecyduje o jego losie. Rumuni będą głosować albo we wcześniejszych wyborach prezydenckich, albo w referendum, w którym rozstrzygną, czy głowa państwa po tymczasowym miesięcznym zawieszeniu powinna rozstać się ze stanowiskiem.

O zawieszeniu Basescu za naruszenie konstytucji i nadużycie władzy zdecydował zdominowany przez opozycję parlament. Antyprezydencką inicjatywę socjalistów poparło 322 z 465 parlamentarzystów, 108 było przeciw.

Jeśli Traian Basescu zrezygnuje, w ciągu trzech miesięcy w Rumunii muszą odbyć się wybory prezydenckie. Jeśli nie złoży urzędu, to w ciągu miesiąca musi zostać rozpisane referendum, w którym obywatele zdecydują, czy zostanie on usunięty ze stanowiska.

W okresie przejściowym zgodnie z konstytucją państwem będzie kierował przewodniczący Senatu socjalista Nicolae Vacaroiu. Według nieoficjalnych wypowiedzi współpracowników prezydenta głowa państwa zrezygnuje ze stanowiska, gdy decyzja parlamentu zgodnie ze wszystkimi procedurami stanie się oficjalna, co powinno nastąpić w ciągu 48 godzin od głosowania.

Historia zawieszenia rumuńskiego prezydenta i przywódcy najpopularniejszej Partii Demokratycznej była prawdziwą polityczną farsą. Po wielotygodniowych podchodach specjalna komisja parlamentarna zdecydowała pod koniec marca, że Basescu, który wprowadził Rumunię do Unii Europejskiej, naruszył konstytucję.

Komisja postawiła głowie państwa 19 zarzutów, m.in.: odbierania premierowi kontroli nad rządem, krytykowania sędziów, wydania polecenia podsłuchiwania rozmów telefonicznych prowadzonych przez ministrów oraz obstrukcji pracy rządu przez niezatwierdzanie ministrów mianowanych przez premiera.

Sprawą zajął się więc sąd konstytucyjny, ale w środę oczyścił on prezydenta ze wszystkich zarzutów postawionych przez niechętnych mu posłów socjalistycznych, konserwatywnych i liberalnych (ci ostatni jeszcze do początku kwietnia tworzyli z ugrupowaniem prezydenckim rząd). Sąd uznał, że nie ma żadnych dowodów, że Basescu dopuścił się jakichkolwiek nadużyć.

Dzień przed wczorajszym głosowaniem Basescu, którego według sondaży popiera 42 proc. Rumunów, ogłosił, że jeśli parlament go zawiesi, on złoży rezygnację w pięć minut. - Niech społeczeństwo zdecyduje, kto pozostanie u władzy: prezydent czy parlament - powiedział Basescu. - Jestem pewien, że nie naruszyłem konstytucji. Ale są tacy, którzy pragną, żebym zapłacił za to, że nie dałem się szantażować, że nie wchodziłem w układy przeciwko interesom narodowym. Nie będę negocjował z żadnymi partiami, negocjacje byłyby odpowiedzią na szantaż.

Po wczorajszym zawieszeniu głowy państwa szef Partii Socjaldemokratycznej i były minister spraw wewnętrznych Mircea Geoana oświadczył, że decyzja parlamentu to "zwycięstwo demokracji". Stwierdził, że "Basescu reprezentuje projekt polityczny, który poniósł klęskę, i jest niezdolny do poprowadzenia kraju naprzód".

Według sondaży Rumuni nie podzielają jednak entuzjazmu socjalistów, których ostatnie rządy w latach 2000-04 i brak reform spowodowały, że kraj nie wszedł do Unii Europejskiej w maju 2004 r. razem z Polską, Czechami i Węgrami, lecz musiał czekać na wstąpienie do Wspólnoty aż do tego roku.

Gdyby wybory prezydenckie odbyły się dziś, wygrałby je Basescu, który już zapowiedział, że będzie ponownie walczył o fotel prezydencki. Jego Partia Demokratyczna zdobyłaby także najwięcej, bo 34 proc. głosów w wyborach parlamentarnych; na kolejnych miejscach znalazłyby się Partia Socjaldemokratyczna (22 proc.) i Narodowa Partia Liberalna premiera Calina Popescu Tariceanu (11 proc.), który od wielu miesięcy był w konflikcie z prezydentem.

Po rozpadzie koalicji rządowej, do którego doszło na początku kwietnia, liberałowie poparli socjalistów i przychylili się do zawieszenia prezydenta.

Basescu, który wygrał wybory prezydenckie w grudniu 2004 roku, nie wziął udziału we wczorajszej sesji połączonych izb rumuńskiego parlamentu. Zapowiedział, że nie widzi takiej potrzeby po orzeczeniu sądu konstytucyjnego.