Rewolucja na odwrót

Wiktor Janukowycz próbuje odczarować kijowski Majdan, miejsce, gdzie jesienią 2004 roku pomarańczowa rewolucja przyniosła mu kompletną polityczną klęskę.
Na kimś, kto jesień 2004 roku spędził w centrum Kijowa, to, co się tu dzieje teraz, robi wrażenie absurdalnej karykatury. Czasem któryś z samochodów, które Chreszczatykiem przejeżdżają obok Majdanu, klaksonem pozdrawia stojących tam manifestantów. Ale nie na trzy: "Ju-szcze-nko!", jak wtedy, tylko na cztery: "Ja-nu-ko-wycz!".

Czasem tłum nieśmiało próbuje skandować stare hasło: "Razom nas bohato!" ("Razem nas wielu"). I rzeczywiście jest ich wielu. Organizatorzy zapewniają, że już 80 tys. Tak naprawdę wczoraj było ponad 30 tys.

Ale nie jak wtedy - pod pomarańczowymi flagami z podkówką i mówionym Juszczence "Tak!". Teraz to biało-niebieskie flagi Partii Regionów Janukowycza, malinowe socjalistów i komunistyczne czerwone z sierpem i młotem.

- Antymajdan. Rewolucja na odwrót. Janukowycz, donieccy i Moskwa odczyniają uroki, zdejmują klątwę Majdanu - z kolegami reporterami próbujemy dać nazwę temu, czemu się przyglądamy, z niedowierzaniem przecierając oczy.

- Rząd i przywódcy Partii Regionów boją się widma Majdanu krążącego po Ukrainie, nie wiedzą, jak sobie z nim poradzić - dwa tygodnie temu, kiedy na Ukrainie nabrzmiewał konflikt między prezydentem, rządem Janukowycza i opanowaną przez jego Partię Regionów Radą Najwyższą, w ten sposób słusznie pisał kijowski tygodnik "Dzerkało Tyżnia".

Janukowycz i jego ludzie rzeczywiście bali się, że kiedy dojdzie do ostrej konfrontacji między nimi a Juszczenką, świat i Ukraina znowu zobaczą pełen protestujących pomarańczowy plac w centrum Kijowa. Ale, jak się okazuje, znaleźli na to sposób - swój, biało-niebieski Majdan.

Bardzo się starają, by wszystko było jak dwa i pół roku temu. Taka sama, a pewnie po prostu ta sama scena co jesienią 2004 roku, dokładnie w tym samym miejscu. Tylko nie pomarańczowa, ale narodowa - niebiesko-żółta. A na niej, jak wtedy, trwa koncert. Disco ukraino. A czasem i disco polo. Wczoraj występowała tu Anna Singalewska przedstawiona jako "laureatka wspaniałych festiwali w Zielonej Górze", wykonując śpiewane zabawną polszczyzną "Kolorowe jarmarki".

Stoi tu kilkadziesiąt namiotów. Tłum czasem skanduje "Precz z bandą", tylko tym razem nie chodzi mu o Leonida Kuczmę i Janukowycza, lecz Juszczenkę i szczególnie znienawidzoną Julię Tymoszenko.

Słowem, jak mówią na Wschodzie, niby wszystko jak u dorosłych.

Ale niby, bo ludzie są inni niż ci, którzy byli tu w 2004 roku. Ich zorganizowanymi grupami przywożą tu ze wschodnich i południowych nastawionych wrogo do Zachodu, a przyjaźnie do Rosji regionów kraju.

Młodzi w ciemnych dresach, starsi w ciemnych kurtkach. Spracowani, zabiedzeni. Szary, biedny tłum mieszkańców zaniedbanych miasteczek górniczych pod Donieckiem czy Ługańskiem, osiedli przy hutach Nowego Rogu. Od wielu jedzie alkoholem.

Chociaż ze sceny słyszą skoczne melodie, mało kto podryguje w takt. Nie ma w nich spontaniczności. Klaszczą na sygnał, skandują na sygnał. Grupki mężczyzn stoją z flagami, które ktoś im wręczył, sztywno, jak żołnierze na warcie.

To nie tamten Majdan, falujący w takt muzyki, narzucający swój nastrój politykom na scenie. Nie ma tego poczucia humoru. Nie ma kijowskich dziewcząt, które malowały włosy na pomarańczowo, z niesamowitą fantazją przyozdabiały się pomarańczowymi wstążkami, chusteczkami i czarowały fotografujących ich reporterów zalotnymi uśmiechami. Te ze wschodu na widok obiektywu rumienią się, zasłaniają twarze.

Kijów nie dostrzega tego Majdanu. Gardzi nim. - Hołota, biedota. Ludzie, którzy bez rozkazu naczelnika nic nie wymyślą, samodzielnie nic nie zrobią. Jak bydło dali się załadować do pociągów w swoich Donieckach. Nawet nie rozumieją, po co ich tu przywieźli. Wezmą pieniądze od Janukowycza. Wypiją wódkę, którą im dali, i odjadą - mówi Mychajło, który jesienią 2004 roku mieszkał w namiotowym miasteczku na Chreszczatyku.

- Chłopcy ubrani jak więźniowie albo kibole. Dziewczyny, kompletna wiocha. I to ma być Majdan? Karykatura - śmieje się Żanna Rostowa, studentka z Kijowa.

- My nie stroimy się tak jak ludzie w bogatym Kijowie. Ktoś, kto jak ja przepracował 15 lat pod ziemią i jeszcze, jak ja, przeleżał parę godzin pod zawałem w kopalni, taki ktoś śliczny jak laleczka nigdy nie będzie. Tak, mnie i moich kolegów tu przywieźli na prośbę szefów kopalni. A te sto hrywien, co je obiecali za każdy dzień, też się przyda do renty. A jaki Ukrainiec nie lubi wypić? Ale czy to znaczy, że spracowany, biedny, nie najlepiej ubrany człowiek, nawet trochę pod gazem, nie ma prawa do swoich poglądów, jest gorszym obywatelem? - pyta mnie Jewhen spod Łuhanska.

Jeden z jego kolegów, który nie chciał się przedstawić, dodaje: - Ukraina to nie jeden kraj. To dwa kraje: wschodni i zachodni. Zachód kpi sobie z nas, gardzi nami. Nie chce nas nawet spróbować zrozumieć. Jak tak dalej pójdzie, podzielimy się na dwa państwa i każdy będzie żył swoim życiem. Oni ze swoim prezydentem, a my ze swoim premierem.

Skomentuj:
Rewolucja na odwrót
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX