\W Kongu znowu się zabijają

Prawdopodobnie blisko pół tysiąca ludzi zginęło w starciach na ulicach Kinszasy, gdy prezydent Joseph Kabila posłał gwardzistów przeciw swemu byłemu zastępcy
Zeszłoroczne wybory prezydenckie w Kongu przeprowadzone dzięki najkosztowniejszej w historii misji pokojowej ONZ miały ostatecznie przerwać epokę wiecznych wojen trapiących tego afrykańskiego kolosa. Mimo to polityczne spory nadal rozstrzygane są za pomocą karabinu.

Dopiero teraz lekarze i dyplomaci podliczają zabitych w dwudniowych starciach w zeszłotygodniowej ulicznej wojnie między prezydentem Josephem Kabilą i pokonanym przez niego w wyborach Jean-Pierre'em Bembą. Niemiecki ambasador Karl-Albrecht Wokalek stwierdził wczoraj, że w kongijskiej stolicy mogło zginąć nawet pół tysiąca ludzi, a setki zostało rannych.

- Ilu zginęło naprawdę, pewnie nigdy się nie dowiemy - dorzucił brytyjski ambasador Andy Sparkes.

Walki wybuchły w czwartkowe południe, gdy dwa tysiące żołnierzy z wiernej Kabili gwardii prezydenckiej wkroczyło do najlepszej w mieście dzielnicy Gombe, w której mieści się także rezydencja Bemby. Kabila posłał wojsko, gdyż Bemba mimo wielokrotnych obietnic nie rozbroił swojej prywatnej armii. Twierdził, że kilkusetosobowa straż przyboczna jest mu potrzebna, bo Kabila chce go zabić. Przysługującą mu z urzędu kilkunastoosobową ochronę uznał za śmieszną.

Starcia trwały do sobotniego poranka. Mimo obecności w Kinszasie tysięcy żołnierzy z wojsk pokojowych ONZ walczono na karabiny maszynowe, granatniki, a nawet moździerze.

Strzelano równie dużo, co niecelnie. Moździerzowe granaty lądowały nawet na drugim brzegu rzeki Kongo, w Brazzaville, stolicy sąsiedniego Konga-Brazzaville. Spadły też na ambasady Grecji i Hiszpanii oraz biura UNICEF.

Jak zawsze, gdy w Kongu wybuchają wojny i zamieszki, najbardziej cierpią cywile. Żołnierze Kabili i partyzanci Bemby obwieszeni fetyszami i talizmanami gwałcili kobiety, rabowali domy i sklepy.

W piątek wieczorem, gdy liczniejsze i lepiej uzbrojone wojska Kabili zaczynały wyraźnie brać górę, Jean-Pierre Bemba z żoną i piątką dzieci czmychnął do ambasady Afryki Południowej, a jego oddziały poszły w rozsypkę. Niedobitki zapewne spróbują się przedostać w rodzinne strony Bemby, do Prowincji Równikowej, gdzie ma on jeszcze kilkuset gotowych do walki partyzantów.

W czasie wojny domowej z lat 90. Bemba należał do najpotężniejszych partyzanckich komendantów i trzymał pod bronią ponad 20 tys. ludzi. Ta wojskowa potęga sprawiła, że po przerwaniu w 2002 r. wojny w ramach podziału władzy między walczących przypadła mu w udziale posada wiceprezydenta, zastępcy Kabili.

Stracił ją w zeszłym roku, gdy zamarzył o prezydenturze i zgłosił się do organizowanych przez ONZ wyborów. W październikowym głosowaniu przegrał. Już wtedy spodziewano się w Kinszasie wojny między nim i Kabilą. Tym bardziej że do walk dochodziło już w czasie kampanii wyborczej. Dzięki obecności wojsk pokojowych ONZ udało się jednak nie tylko wojnie zapobiec, ale doprowadzić do ugody. Kabila obiecał, że Bembie włos z głowy nie spadnie, ten zaś w styczniu tego roku w wyborach parlamentarnych został senatorem i obiecał, że rozpuści swoje wojsko.

Teraz Kabila oskarża Bembę o próbę zbrojnego przewrotu i zdradę stanu, i domaga się, by go osądzić i ukarać w Kongu. Odmawia jakichkolwiek targów. - Bezpieczeństwa się nie negocjuje, tylko je zapewnia wszelkimi sposobami - powiada.

Bemba jest gotów wyjechać z kraju, ale nawet za granicą nie będzie już mógł czuć się bezpiecznie. Międzynarodowe organizacje praw człowieka i rząd Republiki Środkowoafrykańskiej oskarżają go o zbrodnie wojenne i chcą, by został postawiony przed Trybunałem Karnym w Hadze. Kabila, który rozesłał za Bembą własne listy gończe, przyłączy się do pościgu z największą ochotą.

W regionie afrykańskich Wielkich Jezior od dawna mówi się, że po przegranych wyborach prezydenckich jedynym ratunkiem dla Bemby może okazać się wywołanie nowej kongijskiej wojny. W poprzedniej w latach 1996-2003 od kul, a także z chorób i głodu zginęło prawie 4 mln osób.