Miłość w dolinie trędowatych

19.03.2007 02:00
Ioana przez 53 lata małżeństwa co dzień karmiła męża łyżeczką, bo okaleczony przez trąd sam nie mógł jeść. Dziś w rumuńskiej wiosce staruszka dożywa swych dni wraz z 23 ostatnimi trędowatymi w Europie
Filigranowa Ioana Mi cov ma 81 lat. Siedzi przed swoim maleńkim, dwuizbowym domkiem. Porusza się z trudem, bo trąd zabrał jej stopy i palce u rąk. Zaatakował też struny głosowe, dlatego Ioana mówi w dziwny, piskliwy sposób.

Gości wita bardzo serdecznie, ale nie podaje ręki, bo chociaż choroba nie jest bardzo zaraźliwa, kontakt z otwartymi ranami trędowatych jest niebezpieczny dla innych.

Drobna staruszka uwielbia odwiedziny, a o wiosce na skraju mokradeł delty Dunaju wie wszystko, bo mieszka tu już 65 lat. Choroba zaczęła się u niej od niewinnych plamek na twarzy, zachorowała też jej mama. Gdy Ioana miała 16 lat, u obu wykryto trąd. Razem trafiły do ostatniego na naszym kontynencie leprozorium.

W kolonii Ioana poznała swego męża Calina.

- Od początku pragnęliśmy mieć własny dom i w końcu zbudowaliśmy go. Zupełnie sami - opowiada z dumą Ioana, wspominając, że nie chcieli mieszkać w białych pawilonach, które wybudowało dla nich państwo.

W leprozorium żyli bardzo skromnie. Rząd oprócz jedzenia i kuracji, zapewniał im tylko niewielkie zapomogi, z których domu nie dało się zbudować. - Żyło się ciężko, więc zaczęliśmy hodować zwierzęta, mieliśmy swoje mleko i jajka. Oszczędzaliśmy.

Dziś w dwóch malutkich izbach jej pobielonej chatki panuje idealny porządek, a ściany zdobią rodzinne fotografie. Ioana dba o każdy szczegół, a kapelusz przewiązany elegancką kokardą, który leży na jej perfekcyjnie zasłanym łóżku, przypomina, że była kiedyś bardzo elegancką kobietą.

Życie pod nadzorem

Do położonej w dolinie osady Tichile ti (czyt. Tikileszt) nie prowadzą żadne drogowskazy. Kolonia powstała w XIX wieku, a w czasach komunizmu jej nazwę władze Rumunii usunęły z map. Trąd trzeba było wówczas ukryć jako chorobę wstydliwą, potęgowaną przez biedę.

Nawet teraz do otoczonej winnicami wioski na wschodzie kraju, oddalonej 35 km od miasta Tulcza, dociera tylko jedna wąska droga. Do słynnego czarnomorskiego kurortu Konstanca jedzie się stąd ponad dwie godziny samochodem.

Na pierwszy rzut oka osada wygląda na całkiem zwyczajną. O tym, że jest inaczej, przypomina wybudowany w jej centrum piec do palenia opatrunków.

Do końca komunizmu wszyscy rumuńscy chorzy, u których wykryto trąd, byli w wiosce zamykani na obowiązkową czteroletnią kurację. Później dożywotnio wymagali stałej opieki. Przede wszystkim codziennej zmiany opatrunków. Do 1954 roku trędowaci nie mogli opuszczać kolonii Tichile ti, a później było to możliwe wyłącznie za zgodą lekarza.

Leprozoria [od łac. lepra, czyli trąd], które zaczęły powstawać już w IV wieku naszej ery, chroniły zdrowych ludzi przed chorobą. Dziś nadal cierpi na nią 15 mln ludzi na świecie, ale jeśli wcześnie wykryje się ją u pacjenta, można go wyleczyć za równowartość ok. 30 zł.

Większość z ostatnich na naszym kontynencie 24 trędowatych mieszka skromnie w białych, podłużnych pawilonach. Mają osobne wejścia do swoich pokojów, w których poza łóżkiem niewiele się mieści. Pielęgniarki dbają, by pacjenci mieli czystą pościel i wszystko, czego im potrzeba.

Na szczęście bieda, która panowała w wiosce w czasach komunizmu, to już przeszłość. Niedawno za pieniądze z Unii Europejskiej odremontowano ambulatorium, gdzie zmienia się opatrunki, i wyposażono świetlicę, w której jest telewizja satelitarna i klimatyzacja.

Teraz trędowatym najbardziej brakuje rodzinnego ciepła. Dla części z nich, np. 42-letniego Grigore Grigorova, który trafił do kolonii jako 13-latek, leprozorium było wygnaniem i zrujnowało dawne, normalne życie. Niektórzy odnaleźli tu jednak nie tylko dom, ale i miłość.

Szczęście niezwyczajne

Gdy Ioana i Calin brali ślub, ona była jeszcze całkowicie sprawna, a on widział. Trąd rozwija się przez 20-25 lat i dopiero potem niszczy ciało.

Mimo choroby zapragnęli mieć dziecko. Calin nigdy nie zobaczył córki, bo oślepł na miesiąc przed jej przyjściem na świat. - Trąd zabrał mu wzrok, ale nie serce - mówi Ioana, która przez 53 lata małżeństwa co dzień karmiła męża łyżeczką, bo sam nie mógł jeść.

Zmarł siedem lat temu. Choć nie widział, co piątek szedł kilka kilometrów do najbliższej wsi, by przywitać wracającą ze szkoły córkę Domnicę.

- Ojciec był bardzo zręczny i sprytny. Marnował się tu - stwierdza Domnica, tuląc się do mamy.

Domnica ma dziś 61 lat i jest zupełnie zdrowa. Odkąd przeszła na emeryturę, dwa tygodnie spędza w Tulczy, a pozostałą część miesiąca u mamy w leprozorium.

- Wychowywałam się w kolonii do 13. roku życia. To był bardzo szczęśliwy czas - wspomina. - W latach 40. i 50. urodziło się tu ok. 10 dzieci. Bawiliśmy się razem. Ksiądz Romanescu, również chory na trąd, prowadził dla nas czteroklasową szkołę i namówił mnie, bym dalej uczyła się w liceum w mieście, bo w pobliskim ze względu na to, że pochodzę z kolonii, nie chcieli mnie przyjąć. Potem władze zakazały mieć dzieci, bo istniało ryzyko, że będą zarażone chorobą - tłumaczy Domnica.

Gdy siedzimy przed pobielonym domkiem jej mamy, zastanawiam się, jak Ioana bez dłoni mogła zająć się małym dzieckiem i jak teraz radzi sobie z uprawą niewielkiego ogródka, w którym pomidory czerwienią się od słońca.

- Gdy urodziła się Domnica, miałam jeszcze palce i stopy. Dała nam wiele szczęścia. Dopiero gdy miała sześć lat, choroba zaatakowała mnie z dużą siłą. A ogród? Cóż, kiedy źle się czuję i nie mogę stać, pracuję na kolanach. Nie musiałabym tego robić, ale to moja rehabilitacja! Gdybym się położyła na łóżku, już bym nie wstała - tłumaczy z uśmiechem.

Nie ma w niej krzty zgorzknienia, nie chce współczucia. Kiedy czuje się bardzo źle, pomagają jej pielęgniarki z leprozorium. A radość życia pomagają jej zachować córka i wnuczek - cybernetyk, który jest dumą babci, i do leprozorium przywozi na wycieczki amerykańskich lekarzy, którzy są ciekawi, jak wygląda osada.

Czarna twarz straszy dzieci

Cristache Tatulea to sołtys wioski trędowatych. Sami go wybrali, oczywiście nieformalnie. Dwa dni przed moim przyjazdem 75-latek przeszedł wylew. Choć jest bardzo zmęczony, koniecznie chce, bym go odwiedziła, bo każdy, kto odwiedza Tichile ti, powinien się u niego pokazać.

Wspinam się więc po stromych schodkach do jego domu. Niewielka chatka stoi na zboczu, powyżej mieszkalnych pawilonów. Widać stąd dokładnie dwa tutejsze kościoły: prawosławny i baptystyczny, a także wszystko, co dzieje się w całym leprozorium. Tatulea nie może się jednak cieszyć widokiem. Kiedyś widział jeszcze zarysy przedmiotów i kształtów, teraz już nic.

- Mieszkałem w Dobrudży. Któregoś dnia zimą przyszedłem do szkoły. Wszystkie dzieci miały czerwone policzki od mrozu. Moje były czarne - zamyśla się.

Trąd wykryto u niego później, gdy w wieku 16 lat zaczął mieć problemy z oddychaniem. Okazało się, że to właśnie zakaźna choroba powoduje, że zaczął jego nos zaczął się deformować. - Wyglądał, jakby zapadała mu się w twarz. Ludzie zaczęli mówić, że mam czarną śmierć - wspomina.

Wtedy trafił do leprozorium. Tak jak Calin znalazł tu żonę - pobrali się z siostrą Ioany Marią, także chorą na trąd. Gdy brali ślub, on miał 18 lat, ona 16. Była dla niego całym światem. - Urodzili się nam dwaj zdrowi synowie. Często mnie tu odwiedzają - opowiada Tatulea.

- A teraz skosztujemy mojego wina - przerywa rozmowę.

Waham się, co zrobić. W warszawskim szpitalu zakaźnym ostrzegano mnie, że nie powinno się korzystać z tych samych naczyń, których używają chorzy. Ale pielęgniarka, która akurat wpadła do najważniejszego człowieka w wiosce uspokaja, że mogę pić bez obaw.

Młode czerwone wino pochodzi z przydomowej, miniaturowej winnicy. - Wszyscy pomagamy mu w uprawie winorośli - mówi pielęgniarka.

Tatulea, gdy tylko może, chodzi na cmentarz, który jest tuż za płotem leprozorium. Tu jest pochowana Maria. Na jej mogile postawił solidny grobowiec, w którym czeka miejsce i dla niego. Wyrył nawet datę swoich urodzin i dwie pierwsze cyfry daty śmierci: dwa, zero.... Dopisanie końcówki pozostawił sąsiadom z Tichile ti.

Po nich przyjdą staruszkowie

Kiedyś w leprozorium w delcie Dunaju przebywało ponad 200 trędowatych. Chorobę, uznawaną w średniowieczu za karę za grzechy, przynieśli na terytorium dzisiejszej Rumunii prawosławni starowiercy, którzy uciekli tu przed represjami z carskiej Rosji. Schronienie znaleźli dopiero wśród mokradeł ogromnej rzeki.

W czasie I wojny światowej wszyscy chorzy zostali jednak zabici. Wioska ponownie stała się miejscem odosobnienia w latach 20. XX wieku.

Gdy odejdą ci, którzy dziś tu mieszkają, trąd zniknie z Europy. W dolinie ma wówczas powstać dom spokojnej starości. Pierwsi seniorzy już się sprowadzili do pawilonu położonego na obrzeżach wioski.

Skomentuj:
Miłość w dolinie trędowatych
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najnowsze informacje