Klęska talibów w Somalii

Dalsze losy Somalii i Rogu Afryki zależą od tego, czy nowe władze narzucą swoje panowanie całemu krajowi, czy też znów pogrąży się on w chaosie i bezprawiu
Somalijscy talibowie nie potrafili stawić czoła etiopskim pułkom pancernym, poddali wczoraj stolicę kraju Mogadiszu i poszli w rozsypkę. Siedmiodniowa wojna zakończyła się ich klęską.

Swoją rejteradę ze stolicy, jak wszystkie wcześniejsze klęski, talibowie z Unii Trybunałów Muzułmańskich tłumaczą "koniecznością wycofania na z góry upatrzone pozycje" i pragnieniem uniknięcia ofiar wśród cywilów. Prawdziwym powodem odwrotu było jednak wymówienie talibom posłuszeństwa ze strony stołecznych klanów.

Uznając, że talibowie nie mają szans w starciu z etiopskim wojskiem, starszyzna klanowa ze stolicy zażądała, by dla ocalenia miasta wycofali się z niego bez walki, a w dodatku rozpuścili swoich żołnierzy i rozdali im broń, by mogli z powrotem powstępować do klanowych armii. W identyczny sposób, w czerwcu, starszyzna wypowiedziała posłuszeństwo terroryzującym miasto watażkom i poddała je silniejszym wówczas talibom.

Niepokonana dotąd armia talibów rozpadła się na klanowe milicje, które okopały się w swoich dzielnicach, czekając na rozkazy starszyzn. Tylko ok. 3 tys. najzagorzalszych talibów wyruszyło z Mogadiszu do ich ostatniego bastionu oddalonego o 500 km portowego miasta Kismajo na południu kraju. Ale i tamtejsza starszyzna klanowa namawia miejscowego gubernatora talibów Ahmeda Madobe, by poddał miasto Etiopczykom.

Watażkowie grabią stolicę

W wymykających się z Mogadiszu talibów mieszkańcy miasta ciskali kamieniami. Na stołeczne ulice wrócili dawno niewidziani tu watażkowie i ich wiecznie odurzeni narkotykami żołnierze. Na bazarach znów pojawiły się kobiety sprzedające całymi workami zakazane przez talibów narkotyczne liście khat, a z nielicznych otwartych gospod i sklepów popłynęła głośna zachodnia muzyka.

Pozamykane w wyniku wojny lotniska, porty i drogi sprawiły, że w dwumilionowym Mogadiszu znów zaczęło brakować benzyny, żywności i lekarstw.

W mieście wybuchła też dawno niesłyszana tu strzelanina. Watażkowie poruszający się krok w krok za nacierającymi etiopskimi kolumnami wdarli się do Mogadiszu i starli w walce o łupy. Jeden z watażków zajął dla siebie wyremontowane przez talibów lotnisko, inny zagarnął ich kwaterę główną.

Zaczęły się masowe grabieże - z wymarłych ulic rabowane są samochody, plądrowane sklepy, głównie z telefonami komórkowymi. W walkach o łupy zginęło pół tuzina partyzantów.

Co zrobi nowa władza

Talibowie odgrażają się, że to nie koniec, lecz początek wojny. - Amerykanie też szybko zdobyli Kabul i Bagdad, a zobaczcie tylko, co się tam dziś dzieje - tłumaczył korespondentowi BBC w Mogadiszu jeden z przywódców talibów Omar Idris. Talibowie trąbią też, że Somalia została napadnięta przez "krzyżowców" z Etiopii i wzywają muzułmanów, by przybywali do Mogadiszu na świętą wojnę.

Dalsze losy Somalii mniej jednak zależeć będą od determinacji talibów, a bardziej od mądrości zwycięzców siedmiodniowej wojny. To Etiopia i jej faworyci - watażkowie oraz oficjalny rząd, który wybrany w 2004 r. w Kenii, nie potrafił dotąd nawet wjechać do swojej stolicy. Do czasu etiopskiego najazdu kontrolował tylko jedno miasto, 70-tysięczną Baidoę, pozostawiając resztę kraju na pastwę watażków i rabusiów.

Impotencja rządu sprawiła, że starszyzny somalijskich klanów udzieliły w końcu poparcia talibom, którzy w czerwcu przejęli władzę i po raz pierwszy od kilkunastu lat zaprowadzili pokój i surowy porządek. Rządy talibów nie odpowiadały jednak Etiopii, regionalnemu mocarstwu, która wspierała przyjazny i zależny od niej rząd z Baidoa, a także Amerykanom uważającym talibów za terrorystów. Kiedy więc w grudniu talibowie zaczęli oblegać Baidoa i zagrozili tamtejszemu rządowi, Etiopia, mając zgodę USA, najechała na Somalię.

Ucieczka talibów z Mogadiszu stworzy taką samą próżnię, jaka powstała w 1991 r., gdy w wyniku wojny domowej obalony został prezydent Mohammed Siad Barre. Wtedy próżnię tę wypełnili watażkowie, którzy walcząc o łupy, pogrążyli Somalię w chaosie.

Jeśli dziś, po rządach talibów znów nastąpi epoka wojen wszystkich ze wszystkimi, pragmatyzm Somalijczyków każe im odwrócić się od nowych władz. Tym bardziej że talibami rozczarowali się nie tyle z powodu ich surowych porządków, ale dlatego, że nie potrafili oni utrzymać władzy i pokoju, i nie ustrzegli Somalii przed nową wojną.

Nikt nie chce zastąpić Etiopczyków

Warunkiem powstania jakiegokolwiek trwałego somalijskiego rządu jest albo jego wojskowa przewaga nad innymi, albo zadowalający wszystkich podział władzy między rywalizujące ze sobą klany i szczepy.

W Mogadiszu królują dziś walczące między sobą szczepy Abgalów i Habr Gidirów z klanu Hawije, najsilniejszego z sześciu największych klanów w Somalii (większość talibów wywodziła się z innego szczepu, Ajro). Ci sami Hawije, uważając, że nie mają odpowiedniego przedstawicielstwa w rządzie z Baidoa, do dziś nie wpuścili go do stolicy.

Etiopia, która wygrała wojnę w Somalii dla tamtejszego rządu, będzie musiała jak najszybciej wycofać swoje wojska, by Somalijczycy nie odnieśli wrażenia, że ich prezydent jest jedynie marionetką obcych. Wasalna zależność, szczególnie od odwiecznej nieprzyjaciółki Etiopii, uważana jest w Somalii za jeden z grzechów śmiertelnych.

Aby ułatwić życie swojej etiopskiej sojuszniczce, prezydent USA zabiega o afrykańskich ochotników, którzy zastąpiliby Etiopczyków. Chętnych nie ma. Odmówiła nawet Uganda, gdzie Amerykanie chcą budować swoją pierwszą w Afryce wielką bazę wojskową.

Co więcej, afrykańskie kraje domagają się od Etiopii, by natychmiast wycofała swoje wojska z Somalii. Żądają tego sąsiedzi - Erytrea, Dżibuti, Kenia i Sudan, a nawet Unia Afrykańska, mimo że jej kwatera główna mieści się w etiopskiej stolicy Addis Abebie.