Pinochet, samotny dyktator

Augusto Pinochet, generał, były dyktator Chile, wierny katolik, zdążył przed śmiercią przyjąć ostatnie namaszczenie i ma nadzieję pogodzić się z Bogiem. Nie chciał i nie pogodził się nigdy z ludźmi, z większością własnego narodu, dla którego był katem
Ostatnią okazję, by nie przejść do historii jako zatwardziały zbrodniarz winien śmierci tysięcy ludzi i wygnania z kraju setek tysięcy innych, 90-letni generał zaprzepaścił trzy tygodnie temu. W swoje urodziny oświadczył uroczyście, że co prawda bierze na siebie odpowiedzialność za to, co wydarzyło się za jego rządów w latach 1973-90, ale ani zbrodni nie nazwał zbrodniami, ani nie wyraził za nie skruchy. Nie mówiąc już o prośbie rodzin czy potomków ofiar o przebaczenie.

Przeciwnie, sam wyniośle wybaczał swoim oszczercom "wszystkie zniewagi, prześladowanie i niesprawiedliwości, jakie spotkały mnie i moją rodzinę". "U kresu moich dni nie żywię do nikogo żalu, kocham moją ojczyznę nade wszystko" - pisał.

Już wcześniej emerytowany od 1996 r. generał napomykał publicznie, że rozumie cierpienia ludzi, którzy stracili życie lub bliskich, ale zawsze czuł się w pełni usprawiedliwiony tym, że w swoim mniemaniu bronił Chile przed agresją komunizmu. Trzy lata temu w ostatnim wywiadzie dla TV Miami 22 był wręcz wyzywający. Mówił: - Ja miałbym kogoś prosić o wybaczenie? Kogo? To oni, komuniści, powinni mnie prosić o wybaczenie. Przecież o mało mnie nie zabili w zamachu 1986!

W tym samym wywiadzie skarżył się, że jego rodzina ma kłopoty materialne. Nie sądził, że dziewięć miesięcy później wyjdzie na jaw, że na tajnych kontach za granicą generał i jego rodzina mają przeszło 30 mln dol.

Coraz bardziej samotny generał

Dobre samopoczucie człowieka, który spełnił swój żołnierski i patriotyczny obowiązek, obalając socjalistycznego prezydenta Salvadora Allende i biorąc zbrojnie władzę w imieniu junty wojskowej 11 września 1973 r., czyniło w ostatnich latach Pinocheta coraz bardziej samotnym. Do końca nie odstąpiła go liczna rodzina, grono najwierniejszych emerytowanych generałów oraz grupa skrajnie prawicowych polityków i przedsiębiorców skupionych wokół partii UDI założonej przez jego głównego ideologicznego doradcę Jaime Guzmana. Coraz większe grono dawnych zwolenników odsuwało się od niego.

Kiedy tydzień temu Pinochet leżał w szpitalu wojskowym w Santiago między życiem a śmiercią, jego najzacieklejsi zwolennicy na ulicy gniewnie krzyczeli: "UDI, gdzie jesteście?!".

Zdenerwowany poseł UDI Alberto Cardemil, znany miłośnik dyktatora, odpowiadał zdaniem do niedawna nie do pomyślenia: - Nie jesteśmy na Kubie, gdzie partia komunistyczna ciągle musi oddawać cześć Fidelowi Castro.

Działo się tak dlatego, że od sensacyjnego aresztowania generała w Londynie w 1998 r. oraz deportowania go kraju półtora roku później, pękł niepisany pakt o nietykalności generała we własnym kraju. Kiedy Augusto Pinochet wrócił do kraju, rozsypał się wór z oskarżeniami o zbrodnie armii i tajnej policji politycznej DINA.

W kolejnych latach rodziny pomordowanych, zaginionych i torturowanych wytoczyły Pinochetowi kilkaset spraw karnych, z których wiele zostało już wszczętych przez sędziów śledczych, choć większość wciąż czeka w kolejce. Lewica, stowarzyszenia ofiar dyktatury i obrońcy praw człowieka bili w Pinocheta jak w bęben. Żadna ze zbrodni dyktatury nie była już tabu, mnożyły się świadectwa, odkopywano kolejne zbiorowe mogiły ofiar.

Lecz sprawny i sowicie opłacany sztab wytrawnych prawników zrobił wszystko, by generał nie stanął przed sądem. W jednej ze spraw, tzw. karawany śmierci, sąd najwyższy uznał go kilka lat temu za umysłowo niezdolnego do sprostania procesowi - wskutek sklerozy starczej. Jednak w kilku innych sprawach sędziowie orzekli inaczej i pierwszy proces Pinocheta za zbrodnie dyktatury był już tylko kwestią czasu.

Przez wszystkie te lata od powrotu angielskiego pacjenta z londyńskiego aresztu nikt już w Chile nie próbował zaprzeczać zbrodniom ani dowodzić, że owszem były, ale dopuszczali się ich nadgorliwi podwładni generała bez jego zgody i za jego plecami. Jego zwolennicy ograniczali się do obrony politycznego i gospodarczego dziedzictwa. Pinochet miał - co prawda po trupach, ale co robić, skoro komunizm nacierał, szalała wojna domowa, - zapewnić krajowi polityczną stabilność i zdrową gospodarkę rynkową. Cóż, gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą.

To samo uznanie dla wojownika przeciw komunizmowi kazało zapewne brytyjskiej premier Margaret Thatcher przyjmować go prywatnie w Londynie, a także odwiedzić go w czasie londyńskiego aresztu. Ten sam podziw powodował działaczami polskiej prawicy, którzy w 1999 r. wybrali się do Londynu, by wręczyć Pinochetowi rycerski ryngraf.

Jakoś nikt z nich wówczas nie zastanowił się poważnie, czy naprawdę jedyną odpowiedzią na rewolucyjne rozpasanie chilijskich socjalistów były obalenie demokracji, zburzenie państwa prawa i masowe zbrodnie.

Armia porzuca generała

Ale i te szańce obrońców nazywanego przez najgorliwszych wyznawców "tatą" dyktatora kruszyły się. Dwa lata temu głównodowodzący generał Juan Emilio Cheyre ogłosił wreszcie: - Armia jest współwinna systematycznych zbrodni przeciw prawom człowieka, których nie może usprawiedliwić żadna ideologia ani polityka. Wówczas to ostatecznie, 15 lat po końcu dyktatury, wojsko, instytucja, która obaliła legalną władzę i ustanowiła rządy bestialskiej przemocy, raz na zawsze zerwało z człowiekiem, który przez lata uchodził za jego największego bohatera.

A latem 1973 r., kiedy kraj kipiał w lewicowej gorączce strajków, okupacji majątków ziemskich, samowolnych wywłaszczeń, manifestacji ulicznych, a Santiago de Chile trzęsło się od plotek o spisku wojskowych, Pinochet wydawał się ostatnim z kandydatów na buntownika. Właśnie awansował na szefa armii lądowej. Pozostali generałowie do ostatniej chwili nie byli w stanie wydobyć od niego obietnicy przystania do zmowy przeciw Allende.

Jako kadet, potem zawodowy wojskowy stopniowo awansujący w hierarchii Pinochet wyróżniał się wyłącznie posłuszeństwem i dyscypliną. Lubił walki wręcz, miał czarny pas w karate. Koledzy wojskowi nie byli o nim wysokiego mniemania, ale on sam zapewne się z nimi nie zgadzał, skoro swoich synów obdarzył rzymskimi imionami Augusto, Marco Antonio... i pewnie śniło o wielkości. Lecz nawet prezydent Allende nagabywany przez przerażonych plotkami o bliskim zamachu stanu współpracowników uspokajał, że sobie poradzi, bo liczyć może m.in. na lojalnego gen. Pinocheta.

Pinochet zdradził Allende i przystąpił do spisku jako ostatni, kiedy wszystko było gotowe. I jako dowódca najważniejszej armii lądowej zaraz przejął dowództwo. Od tej pory wzorowy absolwent zbudowanej na dziewiętnastowiecznych pruskich wzorcach akademii wojskowej w Santiago przejęty antykomunizmem krzewionym w akademiach USA nie miał wahań. Już w czasie bombardowania pałacu prezydenckiego sugerował podwładnym, że jeśli Allende się podda, trzeba mu dać samolot, by odleciał na emigrację, ale niekoniecznie pozwolić, by naprawdę opuścił przestrzeń powietrzną Chile.

Wyręczył go sam Allende, który zanim żołnierze wtargnęli do pałacu, strzelił sobie w usta z podarowanego mu przez Fidela Castro pistoletu maszynowego.

Liść nie drgnie bez mojej wiedzy

Potem rządził już tylko Pinochet. Jego koledzy z junty zostali szybko zmarginalizowani.

Szczególnie zazdrośnie podporządkował sobie cały aparat represji. Setki garnizonów wojskowych w całym kraju urządziło katownie dla łapanych lewicowców, gdzie ich przesłuchiwano, torturowano, zabijano. Pinochet osobiście wyprawił gen. Sergio Arellando Starka w podróż helikopterem po północnych garnizonach, by skończył z nieudolnością miejscowych dowódców, którzy nie byli w stanie skazać w sądach wojskowych dziesiątków uwięzionych lewicowych wywrotowców. Komando w krótkim czasie rozstrzelało bez sądu kilkudziesięciu więźniów.

Do ścigania rzeczywistych i domniemanych przeciwników Pinochet stworzył osobistym dekretem policję polityczną DINA, której szef Manuel Contreras raportował mu codziennie rano ok. 10 o postępach swojej pracy. Jej żniwem było co najmniej 3 tys. zabitych, zamęczonych lub zaginionych bez wieści i setki tysięcy zbiegłych za granicę. Wśród nich byli przełożeni Pinocheta, których jego mściwa ręka dosięgła na wychodźctwie. Gen. Carlos Prats został zabity w Buenos Aires, a ostatni szef Pinocheta minister obrony Orlando Letelier - wysadzony w powietrze przez agentów DINA w Waszyngtonie.

U szczytu powodzenia dyktator chełpił się: - Nawet liść nie drgnie w tym kraju bez mojej wiedzy.

Pinochet był bardziej przewidujący niż jego koledzy dyktatorzy wojskowi z Ameryki Łacińskiej, którzy nie sięgali wzrokiem dalej niż do wylotu lufy karabinu. Kiedy najpoważniejszy opór ledwo zbrojnej lewicy złamano, generał zabrał się za gospodarkę. Do rządu wziął absolwentów ultraliberalnego uniwersytetu w Chicago. Pod osłoną drakońskich rządów junty, który wyjęła spod prawa związki zawodowe i zniosła nowoczesne prawo pracy, wzięli pod parasol gospodarczą oligarchię kraju, właścicieli majątków ziemskich i przedsiębiorców.

Radykalna terapia obrony za wszelką cenę własności prywatnej przyniosła ogromny krach gospodarczy w 1982 r. Wielki liberalny eksperyment uratowało militarne wszechpaństwo.Wielu prywatnych bankierów i setki przedsiębiorstw uchroniła wówczas od ruiny zgoła nieliberalna interwencja skarbu państwa.

Tego złotego roku Pinochetowi nie zapomniano. Od tamtej pory prawica Chile wspierana przez ocalonych magnatów pozostała dłużnikiem generała.

Potem dyktator wziął się za ustrój. Jego mistrz ideologiczny katolicki ideolog Opus Dei Jaime Guzman ułożył mu konstytucję z myślą o czasach, gdy dyktatora zabraknie. Wojsko otrzymało rolę strażnika ustroju. Ordynacja wyborcza zagwarantowała mniejszości, tradycyjnie prawicy, połowę miejsc w parlamencie, choćby wybory wygrywała lewica.

By jeszcze utrudnić większości reformę konstytucji, do senatu wprowadzono senatorów mianowanych - byłych dowódców sił zbrojnych - i dożywotnich, m.in. byłych prezydentów, czyli samego Pinocheta. Pinochet i Guzman ustrój szczelnie zaryglowali. Uwolniona od lewicowych zmór gospodarcza elita kraju spoczęła na zyskach. Prawica odetchnęła i wąchała przyszłe laury.

Wystartował sam, przybiegł drugi

Spętany kraj trwał w niezmąconym, ołowianym spokoju do drugiej połowy lat 80., kiedy nasiliły się protesty przeciw dyktaturze. Nieudany, ale groźny zamach komunistycznego podziemia na Pinocheta w 1986 r., strajki i protesty nielegalnych komunistów, socjalistów i chadeków, dyskretna krytyka USA skłoniły juntę do zagrania va banque. Nakłoniony przez kolegów Pinochet zgodził się na wolny plebiscyt, czy ma pozostać u władzy.

Junta była tak pewna swego, że zezwoliła opozycji na kampanię w telewizji i niezależne liczenie głosów. W nocy z 5 na 6 października 1988 roku okazało się, że większość Chilijczyków nie chce dyktatury. Pinochet nie posiadał się z wściekłości. Przed powtórką puczu powstrzymali go koledzy z junty. - Pinochet wystartował sam, ale przybiegł drugi - żartowali rozradowani przeciwnicy dyktatury.

Dyktator oddał władzę w 1990 r., ale na długie lata spętał chilijską demokrację kaftanem bezpieczeństwa. Szefem armii był jeszcze sześć lat, potem jako były prezydent - dożywotnim senatorem. Armia do 2005 r. miała głos w najistotniejszych sprawach ustrojowych, w senacie zasiadali mianowańcy Pinocheta, dawni dygnitarze dyktatury.

Dopiero socjalistyczny prezydent Ricardo Lagos przekonał prawicę do poparcia programu zniesienia tych pęt. Pozostał ostatni rygiel: ordynacja wyborcza, która przez lata dawała przegrywającej kolejne wybory prawicy połowę miejsc w parlamencie i faktyczne weto w sprawach reform ustrojowych. Do jego demontażu zabiera się właśnie następczyni Lagosa, pierwsza kobieta prezydent w dziejach Chile Michelle Bachelet.

Jeszcze jedna szansa?

Wraz z przemijaniem politycznego dziedzictwa dyktatury Pinocheta w ostatnich latach życia dyktatora szpetniał coraz bardziej jego osobisty wizerunek. Nękany procesami sądowymi były dyktator wikłał się w żenujących zeznaniach przez kolejnymi sędziami śledczymi. Mówił, że albo nie pamięta okoliczności zbrodni, które mu się przypisuje, albo nic zgoła o nich nie wie.

Zrzucał wszystkie zbrodnie tajnej policji politycznej na barki jej szefa Manuela Contrerasa, choć był to jego najwierniejszy podwładny. O milionowych malwersacjach i zagranicznych kontach milczał, a jego prawnicy imali się komicznych wyjaśnień. Raz mówili o darowiznach, kiedy indziej o oszczędnościach całego życia.

Dziś spuścizna dyktatury leży w gruzach, a dyktator w grobie. Pogrzebu państwowego należnego byłemu prezydentowi mieć nie będzie. Pożegna go jako byłego dowódcę trzema salwami armia. Ale sam Pinochet nie powiedział ponoć ostatniego słowa. Ma je wypowiedzieć zza grobu. Podobno zostawił notariuszowi swój polityczny testament, który ma zostać otwarty i opublikowany po jego śmierci.

To ostatnia szansa na skruchę człowieka, który przetrącił kręgosłup swojemu narodowi.