Afryce grozi nowa, wielka wojna

23.11.2006 01:00
Uzbrojeni członkowie Ludowej Armii Wyzwolenia Sudanu pozują do zdjęcia

Uzbrojeni członkowie Ludowej Armii Wyzwolenia Sudanu pozują do zdjęcia (Fot. str REUTERS)

Sudan, Czad czy Republika Środkowoafrykańska już szukają przymierzy na nową wojnę. Poprzednia pochłonęła prawie 4 mln ludzkich istnień
Przeprowadzone właśnie pod kuratelą ONZ wybory prezydenckie w Kongu-Kinszasie miały położyć kres wojennemu chaosowi i dać początek nowej epoce regionalnej zgody i pokoju. Allio Ewaku Emmy, weteran ugandyjskiego dziennikarstwa, który wrócił właśnie z długiej podróży po Kongu, a także burzliwych pograniczach Ugandy, Sudanu, Konga-Kinszasy i Republiki Środkowoafrykańskiej, twierdzi, że widzi mało powodów do optymizmu, za to wiele do niepokoju.

Nie ma to jak rebelia za miedzą

Na wyrwanej z notesu kartce Emmy rysuje wykresy. Liniami ciągłymi znaczy państwowe granice, fronty, przemarsze wojsk. Linie przerywane mają określać strategiczne sojusze polityczne i wojskowe. Niemal wszystkie linie przerywane Emmy'ego zbiegają się w sudańskiej stolicy Chartumie.

- Rząd gen. Omara el Baszira stanowi zagrożenie dla wszystkich sąsiadów Sudanu - mówi Emmy, który dziennikarską karierę zaczynał od relacjonowania wojny na sudańskim południu. Tamtejsze murzyńskie ludy od lat 50. prowadziły zbrojne powstanie przeciwko tyranii muzułmańskich Arabów z północy.

Do najwierniejszych sojuszników sudańskich powstańców należała Uganda. W odwecie pod koniec lat 80. Sudan zaczął wspierać ugandyjską rebelię kierowaną przez Josepha Kony'ego, który utrzymywał, że rozmawia z Duchem Świętym. Obiecując zaprowadzenie w Ugandzie Bożych porządków, Kony stworzył armię z porywanych po wsiach dzieci przerabianych w niewoli na okrutnych wojowników nieznających litości ani różnicy między dobrem a złem.

- Przywódcy w tej części Afryki od lat uważali, że najlepszym sposobem, by wynieść się nad sąsiadów albo po prostu im zaszkodzić, jest wspieranie rebelii za miedzą - przyznaje Fred Guweddeko, wykładowca nauk politycznych z najstarszego w Afryce wschodniej uniwersytetu Makerere z ugandyjskiej Kampali. - W rezultacie wszyscy są wobec siebie nieufni, wszyscy czują się pokrzywdzeni i uważają, że mają niewyrównane rachunki.

W ostatnich miesiącach niemal wszystkie kraje środkowej Afryki zgodnie oskarżają Sudan. Uganda - o torpedowanie pokojowych rozmów, jakie od sierpnia prowadzi z Konym. W październiku o zbrojną agresję oskarżył go Czad, w listopadzie - Republika Środkowoafrykańska. Władze Południowego Sudanu, który po półwiecznej wojnie w styczniu 2005 r. wywalczył sobie prawo do autonomii i secesji, skarżą się zaś, że rząd z Chartumu sabotuje powojenną odbudowę kraju.

Chartum nasyła dżandżawidów

Prowokowanie i wywoływanie bratobójczych wojen od lat pozostaje ulubionym orężem wojskowego rządu z Chartumu, który urzęduje od 1989 r. Póki toczył wojnę na południu, skłócał ze sobą powstańców z ludów Dinka i Nuer. Przymuszony przez Amerykanów do ugody z Południem przyznał mu prawo do niepodległościowego plebiscytu w 2011 r., ale nie przestaje napuszczać na siebie Dinków i Nuerów, by udaremnić im secesję.

W 2003 r., gdy zbrojne powstanie wybuchło w położonym na zachodzie Sudanu Darfurze, rząd z Chartumu przekonany, że jest ofiarą spisku Zachodu zmierzającego do rozbicia sudańskiego państwa, nasłał na murzyńskich buntowników arabskie zbrojne milicje - dżandżawidów. Podejrzewał też, że darfurskich powstańców wspiera Czad, którego prezydent i ministrowie wywodzą się z ludu Zaghawa, jednego z prześladowanych w Darfurze.

W tym roku darfurska wojna przelała się przez zachodnią granicę do Czadu. W październiku we wschodnim Czadzie bliźniaczo przypominającym etnicznie sudański Darfur pojawili się miejscowi, arabscy dżandżawidzi, którzy zaczęli najeżdżać, palić i mordować murzyńskie wioski.

W październiku i listopadzie w etnicznych pogromach na wschodzie Czadu zginęło kilkaset osób, a prezydent Czadu Idriss Deby oskarżył Sudan o zbrojną agresję.

Sudan na Dzikim Zachodzie

Pod koniec października darfurska wojna z Sudanu przelała się przez południową granicę do Republiki Środkowoafrykańskiej. Przybyli z Darfuru rebelianci zdobyli całą północno-wschodnią część kraju przy granicy z Sudanem i Czadem i niedaleko od granicy z Kongiem-Kinszasą.

- Ten region od lat nazywany był Dzikim Zachodem, gdzie bezkarnie grasowali rabusie, a szeryfowie jeden po drugim uciekali do dalekiej stolicy albo sami zakładali swoje bandy - mówi Emmy. - Wsparcie Chartumu dla rebelii w sąsiednich krajach sprawiło, że Dziki Zachód staje się krainą bezprawia rządzoną przez wszelkiej maści powstańców, watażków, dezerterów, rabusiów. Pogranicze, a także pobliski park narodowy Garamba w Kongu-Kinszasie i ziemie w Południowym Sudanie na zachodnim brzegu Nilu są ich królestwem i kryjówką. Sudan ochrania ich, by móc ich później wykorzystać przeciwko sąsiadom.

Według Emmy'ego to właśnie na tamtejszych sawannach ukrywa się Joseph Kony. - Nic mu tam nie grozi. Nie ma tam wojsk ONZ, bo te stoją w Kongu, a środkowoafrykańska 4,5-tysięczna armia rządowa boi się wypuszczać poza rogatki stolicy Bangui, żeby pod jej nieobecność ktoś przypadkiem nie zajął miasta - twierdzi Emmy.

Wszystko zacznie się w Kongu?

W poprzedniej wielkiej wojnie regionalnej, która w latach 1998-2002 toczyła się w Kongu-Kinszasie, zginęło prawie 4 mln ludzi. Ochrzczono ją mianem afrykańskiej wojny światowej. Z pobudek politycznych albo jedynie z chęci łupu walczyły w niej armie i rebelianci z Konga-Kinszasy, Ugandy, Ruandy, Burundi, Sudanu, Republiki Środkowoafrykańskiej, Czadu, Angoli, Namibii i Zimbabwe.

Nawet bez wybuchu nowej wojny ten region Afryki uważany jest za największą katastrofę humanitarną współczesności. W sudańskim Darfurze zginęło już ponad ćwierć miliona ludzi, a ponad 2 mln stało się uchodźcami. Walki w północnej Ugandzie pochłonęły 100 tys. ofiar, a 1,5 mln straciło dach nad głową. Liczba uchodźców w Czadzie zbliża się do 200 tys., a w Republice Środkowoafrykańskiej - 20-30 tys. Po półwiecznej wojnie, na której zginęło 2 mln ludzi, na nogi nie może się podnieść Południowy Sudan.

- Interwencja ONZ w Kongu-Kinszasie i podejmowane wciąż wysiłki, by wysłać "błękitne hełmy" do sudańskiego Darfuru i na granicę między Sudanem oraz Czadem i Republiką Środkowoafrykańską, sprawiają, że tutejsze rządy cierpliwie czekają i próbują rokowań - mówi prof. Guweddeko. - Ale nie mając wielkiej wiary w skuteczność ONZ, już szukają sojuszników do nieświętych przymierzy na nową wojnę.

Jego zdaniem iskrą, która wywoła pożar, może okazać się Kongo-Kinszasa, w którym tegoroczne wybory prezydenckie wygrał Joseph Kabila. - Zwycięzca wyborów jest jeden, przegranych wielu. Jeśli któryś z kongijskich watażków uzna, że nie ma nic do stracenia, i padnie pierwszy strzał, cierpliwość mogą stracić także sąsiedzi i zaczną dochodzić swego na własną rękę, tak jak umieją - przewiduje Guweddeko. - Nikt nie będzie nawet czekać, aż w lipcu przyszłego roku "błękitne hełmy" wyjadą z Konga. W Afryce mało kto wierzy, by ktoś gotów był za nią umierać.

Zobacz także
  • Prawie cztery miliony ludzi z południa Sudanu zdecydują, czy ten największy w Afryce kraj podzieli się na dwa państwa Sudan się dzieli
  • Obóz uchodźców w kongijskim Ngeti, gdzie mieszkają m.in. kobiety będące ofiarami gwałtów. Zdjęcie z grudnia 2006 r. Kongo wciąż jest "jądrem ciemności"
  • Mugabe drugi raz walczy o ziemię
Skomentuj:
Afryce grozi nowa, wielka wojna
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najnowsze informacje