W Timorze Wschodnim rządzą maczety i sms-y

Po czterech latach niepodległości i wpompowaniu ogromnych pieniędzy przez ONZ Timor znów pogrążył się w chaosie i bratobójczych walkach. Giną ludzie, kraj przejęły obce wojska i szykuje się katastrofa humanitarna
Nigdzie sms nie ma takiego wpływu na bieg wydarzeń jak w tym jednym z najbiejdniejszych państw świata. Sms-y nakręcają spiralę przemocy na ulicach i uniemożliwiają zakończenie wojny domowej. Ministrowie piszą z telefonów komórkowych podanie o dymisję i tą samą drogą jest ono przyjmowane. W obliczu rozpadu państwa, jednego dnia o chęci rezygnacji poinformowali się sms-ami i prezydent i premier. Przeważył sms premiera Mariego Alkatiri, który wczoraj ogłosił, że odchodzi.

W dogasających ruinach domu na przedmieściach stolicy Dili znaleziono sześć zwęglonych szkieletów. Dwa w małym schowku - szkielet matki przykrywający szkielet dziecka, jakby instynktownie do ostatniej chwili próbowała je chronić. W innym miejscu trup kobiety przywarł do ściany, w najdalszym zakątku, do którego mogła uciec przed płomieniami.

Przyszło ich czterech w środku nocy, byli ubrani na czarno, kominiarki na głowach. Wybili szybę w oknie piwnicy, wlali do środka benzynę i podpalili. Jedni mówią, że spaleni byli krewniakami jakiegoś ministra. Ale dlaczego ich zabito, nie wiedzą. Może minister i jego rodzina pochodzili z niewłaściwej strony wyspy. Tej, która w 1999 r. była za mało za niepodległością Timoru Wschodniego, albo tej, która za bardzo. A może po prostu byli przypadkowymi ofiarami jednej z band wyrostków, które wyłoniły się z ogólnego chaosu i rozpętały w stolicy prawdziwe piekło. - Komuś się narazili i rozkręca się spirala odwetów, jak w 1999 r. - mówi dziennikarzowi AFP sąsiad zabitych.

Obrażeni żołnierze

Zaczęło się dwa miesiące temu od buntu w armii. Prawie 600 żołnierzy z ludu Kaladi (niemal połowa wojska) zamieszkującego zachodnią część kraju, obrażonych za pomijanie ich przy awansach, opuściło koszary. Zżymali się, że najwyższe stanowiska zagarnęli dla siebie członkowie ludu Firaku ze wschodu. Firaku zaś uważali, że im się należy, bo to oni w czasie indonezyjskiej okupacji poszli w góry i zaczęli walkę z najeźdźcą.

Topór wojenny między wschodem a zachodem wykopała swego czasu Indonezja, celowo dając wysokie stanowiska w okupacyjnej administracji i wojsku tym z zachodu. Gdy rządy indonezyjskie dobiegały końca, niektórzy Kaladi głosowali przeciw niepodległości, bo mieli dużo do stracenia. Większość była jak najbardziej za, ale wśród Firaku utarło się przekonanie, że Kaladi to zdrajcy.

Żołnierze-buntownicy uciekli na prowincję, zorganizowali się i 23 maja zaatakowali wojska rządowe. Za armią na pół rozpadła się policja i oba obozy zaczęły bratobójczą walkę. Dili znalazło się w śmiertelnej pułapce, bo w centralnie położonej stolicy wschód i zachód kraju mieszają się ze sobą w dzielnicach, na ulicach i trudno wytyczyć linię podziału.

Bezradny, pozbawiony służb siłowych rząd wezwał świat na pomoc. W roli wybawiciela wystąpiła Australia, która przysłała ponad dwa tysiące żołnierzy, a z Malezji i Nowej Zelandii doszło kolejnych 500. O swojej byłej kolonii nie zapomniała Portugalia, która wsparła Timorczyków 120 policjantami.

Z buntownikami w mundurach obce wojska poradziły sobie szybko. Obie strony rozdzielono, ci ze wschodu wrócili do koszar, ci z zachodu wycofali się za Dili, na wzgórza. Dziś rebelianci składają broń, ale to już bez znaczenia - wywołali lawinę przemocy, nad którą nikt nie panuje.

Gniew młodych Timorczyków

Korzystając z nieobecności policji bandy młodych Timorczyków sfrustrowanych biedą i bezrobociem znalazły sobie zajęcie przy plądrowaniu, dewastowaniu i zabijaniu. Dili pokryła gęsta chmura dymu, w płomieniach stanęły samochody, sklepy i domy.

Te tzw. gangi maczetowe, które do walk używają też noży, procy oraz łuków, już od miesiąca sieją strach na ulicach. Obce wojska są bezradne, bo bandyci informują się SMS-ami, którędy akurat chodzą zagraniczne patrole, i uderzają na pozostałe dzielnice. Rządy Malezji i Australii wysłały już kolejnych 500 żołnierzy i nie wykluczają następnych kontyngentów.

W Dili kulkę w łeb można dostać wszędzie. 27-letniego Rudy'ego przywieziono do szpitala z raną postrzałową w policzku prostu z bazaru, na którym robił zakupy. Według statystyk szpitalnych od wybuchu walk zginęło ponad 30 osób, ale ofiar na pewno jest więcej. Ciągle znajduje się nowe trupy w opustoszałych domach.

Pouciekała z nich jedna trzecia mieszkańców Dili, czyli 130 tys. osób. Większość przebywa w prowizorycznych obozach utworzonych po kościołach i szkołach. W największym, w Centrum im. księdza Bosco, gnieździ się 13 tys. ludzi. Reszta, jakieś 30 tys., wolała ratować się ucieczką poza miasto, więc obozy wyrastają też na prowincji. Brakuje w nich żywności, wody i lekarstw. Organizacjom humanitarnym trudno je dostarczać ze względu na grasujące gangi maczetowe. Lekarze alarmują, że lada chwila wybuchną epidemie.

Do tego Timorczycy mieli pecha - gdy wybuchły u nich walki, uwagę całego świata przykuło trzęsienie ziemi na Jawie i większość państw spieszy z pomocą humanitarną dla Indonezyjczyków.

Państwo w trzy lata

ONZ już rok temu odtrąbiła sukces budowania niepodległego państwa Timor Wschodni i ogłosiła, że wycofuje siły zbrojne.

- Kwitnący rynek finansowy, odbudowane szkoły, sprawnie działający rząd, a przede wszystkim pokój i stabilizacja - opisywał wyspę szef Międzynarodowego Funduszu Walutowego Paul Wolfowitz.

"Błękitne hełmy" przybyły w 1999 r., gdy po referendum niepodległościowym, w którym 80 proc. ludności opowiedziało się za własnym państwem, wybuchła wojna domowa inspirowana przez wojsko indonezyjskie.

Obce siły przywróciły spokój dość szybko, ale liczący prawie milion mieszkańców Timor Wschodni był w opłakanym stanie - podczas walk zginęło 1,4 tys. ludzi, a niechętnie wycofujący się żołnierze indonezyjscy zniszczyli od 70 do 90 proc. infrastruktury.

Z całego świata zjechało 11 tys. żołnierzy, urzędników ONZ, doradców ekonomicznych i prawników z zadaniem zbudowania państwa. Trzeba było od podstaw stworzyć administrację, policję, wojsko i gospodarkę, która, nie licząc upraw kawy, praktycznie nie istniała.

"Timorczycy nie zobaczyli większości zagranicznej pomocy, bo ta szła głównie na pensje dla doradców - pisze w jednej z miejscowych gazet Sidonio Freitas, menedżer australijsko-timorskiej firmy eksploatującej złoża oceaniczne. - Ci z kolei mieli kontrakty tylko na rok, dwa lub trzy lata, więc szastali szybko środkami pomocowymi. W tak krótkim czasie nie da się stworzyć państwa". Według ostatniego raportu Banku Światowego, mimo 150 mln dolarów corocznej pomocy, pod władzą ONZ Timor Wschodni jeszcze bardziej zbiedniał.

Z braku czasu nie zainwestowano w wykształcenie nowych elit, a rządy powierzono ludziom, którzy byli pod ręką, czyli partyzantom. Ci wszędzie zatrudniali swoich towarzyszy, podgrzewając tlący się konflikt między wschodem a zachodem.

- Umieli walczyć, ale nie mają bladego pojęcia o ekonomii i rządzeniu - mówi Linda Polman, holenderska dziennikarka, która wcześniej relacjonowała wojny w Somalii, Ruandzie, Bośni i na Haiti. - Wybranie władz i posadzenie ich w świeżo odmalowanych budynkach to stanowczo za mało.

Wojska ONZ wyjechały w 2005 r., a na miejscu zostało tylko 130 doradców i policjantów. W tym roku Rada Bezpieczeństwa zdecydowała, że Timorczycy świetnie radzą sobie sami, i ta garstka wyjedzie 20 maja. Trzy dni później zaczęła się wojna domowa.