- Zszedłem ze statku po drabince linowej. Podjęła mnie mała łódź ratunkowa - tak ksiądz Malena opisał w magazynie "Famille Chretienne" (Rodzina Chrześcijańska - red.) zejście z pokładu tonącej Costa Concordii. Kapelan wycieczkowca po wyjściu na brzeg zajął się rannymi pasażerami. Godzinę po tym, jak trafił na ląd, czyli w środku nocy, nagle pojawił się kapitan statku. Oskarżony później o spowodowanie katastrofy i uznany przez włoską prasę za tchórza, który opuścił statek zanim zeszli z niego ostatni pasażerowie,
kapitan przez prawie kwadrans ściskał księdza i "płakał jak dziecko".
Kapelan "Costa Concordii" broni załogi statku Włoski duchowny w rozmowie z francuskim magazynem gorąco bronił załogi statku. - Oczywiście, to przykład ludzkiego błędu - nie powinniśmy byli podpłynąć tak blisko wyspy - mówił o przyczynach katastrofy luksusowego wycieczkowca. Zastrzegł, że nie będzie wydawał sądów, a ocenę pozostawi ekspertom. Podkreślał jednak, że medialne doniesienia o tym, że załoga była niekompetentna i nie umiała pomóc przerażonym pasażerom dostać się do łodzi ratunkowych, to nieprawda.
- Ci chłopcy, moi chłopcy, to nie zwykli bohaterowie. To superbohaterowie. Wiedzieli, że mogą umrzeć, ale nie porzucili swoich obowiązków - chwalił załogę ojciec Malena. - Oni się bali. Grożono im. Mówili ludziom, żeby nie wchodzili na te
łodzie ratunkowe, które były już przepełnione, ale ludzie i tak się tam wciskali - opowiadał o przebiegu ewakuacji z tonącego statku. - Prasa może rzucać na nich tyle błota, ile chce. Ale nie może powiedzieć, że oni nie byli przeszkoleni i nie pracowali.
"Mówili: Zginiemy. Zajrzałem do kaplicy. Prosiłem o cud" Ksiądz Malena opisał też wydarzenia zaraz po uderzeniu w skały. Wracał właśnie do swojej kabiny po kolacji, gdy nagle "poczuł potężne uderzenie i usłyszał hałas". - Upadłem na ziemię, statek przechylił się na bok, wysiadł prąd - relacjonuje ksiądz. Chwilę później statek gwałtownie skręcił. To kapitan rzucił kotwicę, która - zahaczywszy o dno - umożliwiła pływającemu kolosowi szybki obrót. - Niektórzy, co uważają się za ekspertów, mówią że popełnił błąd, inni, że zrobił słusznie - statek skręcił i nie uderzyliśmy w (kolejne - red.) skały - opowiadał ksiądz.
Później w maszynowni zobaczył kilku członków załogi. Wciąż pracowali. - Powiedzieli mi: "Zginiemy. Mamy 70-metrową dziurę w kadłubie. Tkwi w niej skała" - opowiadał ksiądz. Jak podkreślił, zdążył zajrzeć do pokładowej kaplicy i chwilę się pomodlić. - Prosiłem o cud - powiedział prosto ksiądz.
Katastrofa Costa Concordii. Winny kapitan? Luksusowy statek wycieczkowy Costa Concordia uderzył w nocy z 13 na 14 stycznia w podwodne skały nieopodal włoskiego portu Livorno. Do zderzenia doszło o godz. 21.42. Przez kilkudziesięciometrową dziurę do kadłuba jednostki błyskawicznie wdarła się woda. Podczas ewakuacji nieprzeszkoleni wcześniej pasażerowie
wpadli w panikę, popychali się i tratowali. W katastrofie zginęło co najmniej 11 osób, a 21 uznaje się za zaginione.
Po katastrofie prokuratura postawiła zarzuty kapitanowi Francesco Schettino. Dowodzony przez niego statek "podpłynął zbyt blisko" wyspy Giglio i uderzył o skałę, która wbiła się w jego lewy bok. Wskutek uderzenia jednostka "przechyliła się i nabrała mnóstwo wody w ciągu dwóch-trzech minut".
Kapitan został aresztowany w atmosferze skandalu - według ustaleń śledztwa miał wraz z niektórymi członkami załogi uciec ze statku,
zanim opuścili go ostatni pasażerowie. Zgodnie z prawem morza i morskim zwyczajem kapitan w razie niebezpieczeństwa schodzi z pokładu ostatni. Później na jaw wyszły inne szczegóły, m.in.
obecność tajemniczej kobiety na mostku kapitańskim w chwili, gdy statek uderzył w skały.