Piotr Nieznański, kierownik Działu Ochrony Przyrody WWF Polska: - Wkrótce nasze wakacje na Mazurach mogą przywodzić na myśl wypoczynek w krainie wielkich ścieków. W wyniku zanieczyszczenia wód możemy bezpowrotnie utracić unikatowe bogactwo przyrodnicze Mazur, w tym najcenniejsze gatunki ryb, takie jak sieja i sielawa, wymagające czystej wody o dużej przejrzystości. Przez 4,5 miesiąca w roku ścieki z tysięcy jachtów trafiają prosto do wody mazurskich jezior.
Stefan Heinrich z Polskiego Związku Żeglarskiego: - Mazurskim jeziorom grozi katastrofa ekologiczna.
Zabójczy brak tlenu Duże
jachty mają łazienki - z ubikacją, umywalką, prysznicem, ale zbiorniki na ścieki są tak skonstruowane, że ich zawartość trafia z łodzi wprost do jeziora. W mniejszych, o długości poniżej 12 m, których najwięcej pływa po naszych wodach, zwykle stosuje się przenośne toalety chemiczne: nieczystości gromadzą się w małym zbiorniku, który można wyjąć i opróżnić. Problem w tym, jak podkreśla Nieznański, że wielu żeglarzy po prostu wylewa ścieki za burtę (także bez pośrednictwa jakichkolwiek toalet).
Do jezior może dostawać się nawet kilkaset kilogramów nieczystości dziennie. - Policzyłem żaglówki na odcinku od Węgorzewa do zachodniej części jeziora Śniardwy. W ciągu dnia wypływa ich 1,5-2 tys., a część cumuje z załogą w portach lub w zatokach - wylicza dr hab. Waldemar Siuda z Uniwersytetu Warszawskiego. - To daje nam 3-4 tys. jachtów dziennie na Wielkich Jeziorach Mazurskich, nie licząc Śniardw. Jeśli założymy, że na każdej łodzi płyną cztery osoby, to mamy 12-16 tys. żeglarzy. Każdy z nich dziennie wydala ok. 30 g mocznika, z czego mniej więcej połowa to czysty azot.
Dlaczego ścieki są tak niebezpieczne? Zawarte w nich fosfor i azot (tzw. pierwiastki biogenne) przyczyniają się do masowego rozwoju glonów. Przyjmuje się, że 1 kg fosforu powoduje przyrost biomasy glonów o 500 kg, a 1 kg azotu przy dostatku fosforu - o 70 kg. Taka masa musi się rozłożyć w jeziorze, co powoduje ogromne zużycie tlenu. Efekt jest zabójczy dla zwierząt.
Żeglarzy edukować - To poważny problem - przyznaje Joanna Wróbel, sekretarz gminy Mikołajki. Co prawda w mieście działa jeden punkt odbioru ścieków z toalet chemicznych, ale - jak zaznacza Wróbel - kolejki się przed nim nie ustawiają. Mimo że koszt opróżnienia pojemnika to tylko 6 zł. - Jednak nie jest tak, jak sugeruje WWF, że nie próbujemy rozwiązać problemu ścieków z jachtów. Powstał na terenie naszego województwa program budowy ekologicznych przystani żeglarskich, który jest finansowany ze środków unijnych - podkreśla Wróbel.
Bierze w nim udział osiem gmin oraz PTTK. Sieć tzw. ekomarin na jeziorach powstanie do 2011 r. Będzie w nich można oddać zawartość toalet chemicznych. Do tego typu ubikacji dodaje się formaldehyd, pochodne chloru oraz inne związki chemiczne, których zadaniem nie jest neutralizacja zanieczyszczeń, ale raczej zabicie odpowiadających za nieprzyjemne zapachy bakterii. Przy okazji związki te zabijają w wodzie pożyteczne mikroorganizmy, które biorą udział w rozkładzie fosforu i azotu.
Mariny będą wyposażone w specjalną technologię odbioru odpadów z łodzi - nieczystości będą rozrzedzane tak, by mogły trafiać do zwykłych oczyszczalni biologicznych.
Andrzej Sieroński, wójt gminy Giżycko, uważa, że WWF rozdmuchało problem: - Nie znam turystów, którzy by wylewali do wody swoje fekalia, a następnego roku kąpali się w nich. Więcej uwagi warto by poświęcić budowie kanalizacji. Mimo szczerych chęci gmin i sloganów o współfinansowaniu inwestycji ze środków unijnych nie da się łatwo pozyskać pieniędzy.
Unia poprawi jeziora? Jeziora zajmują 0,9 proc. powierzchni Polski, najwięcej jest ich na Pojezierzu Mazurskim. Akwenów o powierzchni powyżej 1 ha mamy w kraju 7081, a tych przekraczających 50 ha - 1042.
Naturalnie jezioro gromadzi substancje biogenne, dojrzewa, aż w końcu po setkach, tysiącach lat zarasta i znika. Działalność człowieka przyspiesza ten proces: do wód spływają resztki nawozów, gnojowic, nieczyszczone ścieki, nieczystości z coraz większej liczby jachtów.
Według Greenpeace Polska w 2006 r. do polskich rzek odprowadzono 2 mld 127 mln m sześc. ścieków komunalnych i przemysłowych wymagających oczyszczenia. 8 proc. z nich w ogóle nie zostało oczyszczone.
Instytut Ochrony Środowiska w Warszawie monitoruje jakość wód głównie w największych akwenach, w ciągu roku bada ich ok. 100. Od zeszłego roku czystość wody określa się według pięciu klas - za wzór stawiając zbiorniki naturalne - od bardzo dobrej (wody niemal niezmienione przez człowieka), dobrej, umiarkowanej, słabej aż do złej (w takich jeziorach prawie już nie występują rośliny i zwierzęta). Z aktualnych badań IOŚ, na podstawie reprezentatywnej puli jezior, wynika, że około 50 proc. polskich jezior o powierzchni powyżej 50 ha (mniejszych się właściwie nie bada) reprezentuje stan bardzo dobry i dobry, a pozostałe - stan umiarkowany, słaby i zły.
Polskę, jak i wszystkie inne kraje Unii Europejskiej, obowiązuje Ramowa Dyrektywa Wodna. Zgodnie z nią do 2015 r. we wszystkich krajach Wspólnoty wody powinny osiągnąć stan dobry.
Wielki kanał wielkich jezior Rozmowa z dr. hab. Waldemarem Siudą
Joanna Bosakowska: Od lat bada pan stan wód Wielkich Jezior Mazurskich. Jest tak źle, jak alarmuje WWF? Dr hab. Waldemar Siuda: Do 1995 r. z jeziorami było naprawdę źle, potem jakość wody zaczęła się stopniowo poprawiać. Paradoksalnie pomógł
kryzys gospodarczy, upadek wielkoobszarowego rolnictwa. Potężne połacie ziemi otaczające jeziora przez długi czas leżały odłogiem, zarastały roślinami, co stworzyło rodzaj naturalnego filtru wychwytującego i magazynującego azot i fosfor. W większych miasteczkach regionu zaczęły się również pojawiać oczyszczalnie ścieków.
Czyli jest dobrze... - Daleko mi do siania paniki, ale uważam, że nie jest dobrze, tylko na razie tego nie widać. Choć oczyszczalnie zrobiły swoje, to w chwili obecnej trzeba szybko zmienić politykę podejścia do kwestii ochrony wód przed ściekami. Przede wszystkim nie kanalizować wszystkiego i za każdą cenę.
Dlaczego? - Bo choć jeszcze kilka lat temu kanalizacja i oczyszczalnie były dla Wielkich Jezior Mazurskich błogosławieństwem i ratunkiem, dziś paradoksalnie stały się dla nich jednym z większych źródeł zanieczyszczeń! Załóżmy, że działająca w zgodzie z normami oczyszczalnia usuwa nawet 90 proc. azotu i fosforu, to pozostałe 10 proc. dostaje się jednak do wód. Rozbudowa i dołączanie do już istniejących oczyszczalni coraz większych terenów skanalizowanych - na co przeznacza się w ostatnich latach miliony euro - powoduje stałe zwiększanie objętości oczyszczonych ścieków zrzucanych do wód. Innymi słowy te pozostające 10 proc. stanowi coraz bardziej znaczący ładunek obciążający jezioro.
Więc nie powinno się budować kanalizacji? - Ależ powinno, ale nie w rzadko zabudowanym terenie, gdzie budowa kilometrów rur kosztuje krocie. W przypadku Mazur tam, gdzie jest to możliwe, powinno się rezygnować z budowy kanalizacji na korzyść przydomowych oraz osiedlowych oczyszczalni i oczyszczoną wodę odprowadzać z powrotem do gruntu, skąd przecież została pobrana.
Myślę, że jeśli zasady gospodarki wodno-ściekowej w naszym kraju się nie zmienią, to za kilka-kilkanaście lat problem brudnych jezior powróci, i to ze zdwojoną siłą. Pierwsze symptomy widzę już teraz. W ciągu kilku ostatnich lat przejrzystość Jeziora Mikołajskiego wahała się latem od 1,5 do nawet 2 metrów. Dziś wynosi zaledwie 0,9 m. W większej ilości pojawiły się również cyjanobakterie. Może to tylko fałszywy alarm, warto jednak dmuchać na zimne.