Obaj profesorowie wyrazili ubolewanie z powodu obrotu wydarzeń na placu Konstytucji podczas wczorajszych obchodów Święta Niepodległości. Obaj też przyznali, że zamieszki są wynikiem "rozłamu wewnętrznego" w "spolaryzowanym społeczeństwie".
Prof. Krasnodębski: Winni prezydent i skrajne siły w Sejmie Według prof. Zdzisława Krasnodębskiego o eskalację społecznego konfliktu można winić prezydenta Bronisława Komorowskiego, który "robi niewiele, żeby było inaczej". - Pewne głosy niezadowolenia lekceważy się, a tymczasem one przybierają na sile.
Polska wkracza w dosyć trudny okres w tej chwili, również z powodów społecznych, ekonomicznych. To wymaga pewnego otwarcia, dużej wrażliwości. Niestety tej wrażliwości i tej rozwagi nie widzę ani w części szerokiej opinii publicznej, ani wśród władz, które raczej dążą do budowania swojego monopolu - powiedział socjolog.
Winnych, według niego, należy także upatrywać w "skrajnych siłach", które pojawiły się ostatnio w polskim parlamencie i które teraz "przez różnego rodzaju prowokacje, happeningi i inne nieodpowiedzialne zupełnie akcje będą sytuację jeszcze bardziej podgrzewać".
"Zamieszki mogą odbić się na opozycji" Socjolog wskazuje, że zawiodły również służby porządkowe, które nie przygotowały się wystarczająco na sytuację, w której - co było jasne od początku - do konfrontacji dążyły siły po obu stronach demonstrantów. - Zapraszanie do Polski grup lewicowych, czy lewackich, w takiej sytuacji było zupełnie nieodpowiedzialne.
Na koniec prof. Krasnodębski wyraził nadzieję, że skutkiem tych wydarzeń nie będzie ograniczenie swobód obywatelskich i praw opozycji: - Nie zgadzam z tym, że za tego rodzaju incydent obciąża się organizatorów, bo to może być dla władzy wygodne. Wówczas różne komitety, czy ludzie, którzy chcieliby coś zorganizować będą się obawiali to robić. (...) Mam nadzieję, że nie będzie to wykorzystane do tego, żeby jeszcze bardziej ograniczyć prawa opozycji oraz prawa ludzi do oceny sytuacji, nawet jak najbardziej krytycznej, bo takie ciągoty ma każda władza.
Prof. Nęcki: To frustraci odreagowujący niepowodzenia życiowe Tymczasem psycholog społeczny z Uniwersytetu Jagiellońskiego prof. Zbigniew Nęcki daleki jest od potępiania tylko jednej ze stron konfliktu. - Z największym zaniepokojeniem i przykrością obserwowałem sytuację brutalnego konfliktu ulicznego, który odzwierciedla rozłam wewnętrzny w naszym środowisku, i młodzieżowym, i starszym, na frakcje zdumiewające w kraju, który wycierpiał tyle od faszyzmu, czyli frakcję narodowo-faszystowską i frakcję ekologiczno-postępową - stwierdził.
Prof. Nęcki zwrócił też uwagę, że nie docenia się w Polsce liczby ludzi "zdecydowanie walczących pod hasłami zdawałoby się dawnych epok, tzn. nietolerancji, jedności rozumianej bardzo prostacko". - Ludzi prawdopodobnie ciężko sfrustrowanych niepowodzeniami życiowymi, którzy poprzez ten otwarty protest chcą wyrazić niezadowolenie ze swojej sytuacji życiowej, a upatrują jej we wrogach ideologicznych - wyjaśniał.
Według niego widać w tym stanie rzeczy analogię do sytuacji z lat 30. w Niemczech, gdzie "wielkie poziomy społecznego niezadowolenia skanalizowane zostały w postaci antysemickich ideologii i przekonań". - To, co było wczoraj w
Warszawie, to nie był patriotyzm, to była po prostu brutalna konfrontacja prostactwa rozumiejącego świat w sposób nad wyraz agresywny i dążącego do zmiany sytuacji społecznej - skonstatował psycholog społeczny.
Według niego widać w tym stanie rzeczy analogię do sytuacji z lat 30. w Niemczech, gdzie "wielkie poziomy społecznego niezadowolenia skanalizowane zostały w postaci antysemickich ideologii i przekonań". - To, co było wczoraj w Warszawie, to nie był patriotyzm, to była po prostu brutalna konfrontacja prostactwa rozumiejącego świat w sposób nad wyraz agresywny i dążącego do zmiany sytuacji społecznej - skonstatował psycholog społeczny.
Regularna wojna na pl. Konstytucji. Kibole, zadymiarze, race i policja [WIDEO] >>>