Uczymy tak jak Lee uczył Marilyn: wywiad z Anną Strasberg

05.07.2011 16:00
Marilyn Monroe

Marilyn Monroe (Fot. CAMERA PRESS/GAMMA. Materiały z książki ''Fragmenty. Wiersze, zapiski intymne, listy'', Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011)

"Aktorom trzeba spojrzeć w ich oczy, zobaczyć, czy są głodni. A nietrudno jest ocenić czy aktor jest głodny" - radził swojej żonie aktorski guru Hollywood Lee Strasberg. Był nie tylko ojcem aktorstwa filmowego i założycielem jednej z najsłynniejszych szkół aktorskich na świecie, która spłodziła takie sławy jak Robert De Niro, Julia Roberts czy Al Pacino. Zasłynął także jako wierny i oddany przyjaciel Marilyn Monroe i powiernik jej sekretów. Po śmierci Strasberga ten mentalny spadek oraz samą szkołę przejęła jego żona, Anna Strasberg, rozmawiał z nią Łukasz Wojtusik.
Łukasz Wojtusik: W Pani rękach jest to, co Marilyn Monroe pozostawiła w spadku Lee Strasbergowi, jest także spuścizna, którą zostawił Pani po sobie sam Lee. Czuje Pani na swoich barkach odpowiedzialność?

Anna Strasberg: Chodzi bardziej o "zaufanie". Ona ufała, że Lee będzie ją chronił ze względu na wyjątkowy rodzaj ich przyjaźni. On z kolei mi zaufał. Jeśli odbierałabym to jako coś trudnego, popełniłabym grzech, ponieważ, gdy robi się coś ze względu na miłość i poświęcenie i, gdy sprawa jest słuszna, nie można narzekać. To wszystko jest częścią tego, kim jestem i co robię ze względu na miłość Lee i na miłość Marilyn.

I to właśnie dlatego zdecydowała się Pani oddać te cenne notatki, zapiski Marilyn na kartkach hotelowych wydawcy, pozostawiając je bez własnego komentarza? To jest sposób, żeby poznać prawdziwą Marilyn?

Jest Pan pierwszą osobą, która dokładnie zrozumiała, dlaczego tak właśnie zrobiłam. Przez wiele lat ludzie pisali o tym, jak rzekomo wyglądało życie Marilyn. Mamy demokrację, więc każdy ma prawo pisać to, co chce. Nigdy na to nie reagowałam, nigdy nie komentowałam. Wydawało mi się, że przez te wszystkie lata powstało wystarczająco dużo książek o niej i że nie powinno powstać więcej. Ale nadszedł czas, żeby prawdziwy głoś Marilyn został usłyszany.

Pierwszy i najbardziej intymny głos Marilyn?

Książka ukazuje nie tylko jej myśli. Widać charakter jej pisma, błędy ortograficzne, które robiła. Dlatego też czytelnik odnosi wrażenie, że Marilyn mówi do niego jako prawdziwa, ludzka istota, która chce, żeby zobaczył, jaka jest naprawdę. Sądzę, że wyszło to wspaniale. Nareszcie ludzie powiedzieli: o, to jest prawda, taka właśnie była Marilyn. Wszystko inne było tym, co inni o niej przypuszczali albo kim uważali, że powinna być.

Przejdźmy teraz do historii związanej z Pani mężem. Co zmieniło się od czasu, kiedy to Lee wykładał w szkole swojego imienia? Nadal uczy się u Was zgodnie z tym co przekazał Strasberg?

Byliśmy uczeni przez Strasberga. Nie przez Stanisławskiego, Bogusławskiego, czy Meyerholda. Oni byli tylko inspiracją. Lee stworzył własną metodą nauczania, opartą na ich zasadach. I w ten sposób także mnie wyszkolił. Byłam aktorką, ale kiedy wyszłam za mąż, poczułam się bardzo szczęśliwa. Pokochałam bycie żoną i matką, nie chciałam już więcej pracować. Ale Lee powiedział do mnie: "Zostałaś mężatką i masz dzieci, ale nie możesz odejść ze sceny. Musisz spełnić się w życiu jako artystka i znaleźć sposób na to, by wyrazić wszystko to, co przyciągnęło cię do teatru. Będę cię uczył, będzie ciężko, nie mam zamiaru traktować cię wyjątkowo, przez to, że jesteś moją żoną. Będę dla ciebie tak samo surowy jak dla innych aktorów, a może nawet ostrzejszy, bo spoczywa na tobie odpowiedzialność dzielenia się moją pracą."

A miała Pani w życiu takie momenty, gdy przychodziła myśl: "czy mój mąż by tak chciał"?

 Pierwszą rzeczą, której nauczyłam się w Actor's Studio, było to, że nie mogę uczyć czegoś, czego sama nigdy nie doznałam. Czego ja nie doświadczyłam, o mój Boże... I to publicznie!. Wszyscy przychodzili, żeby zobaczyć, czy potrafię chodzić i mówić równocześnie. Zastanawiali się, czemu Lee mnie poślubił i, czy faktycznie mam talent. Wchodziłam do Actor's Studio, a oni byli wszędzie - na górze, na dole, czekali na mnie, na mój upadek. I upadłam. Ale czegoś się nauczyłam. Lee powiedział, że nie mogę uczyć czegoś, przez co sama nie przeszłam. A wszyscy aktorzy przechodzą przez to samo. Każdy ma moment, w którym myśli: jestem beznadziejny, dokonałem złego wyboru. Lubię być perfekcjonistką, ale nauczyłam się, że nic nie jest w stu procentach doskonałe. To ta niedoskonałość nas uczy. I to tym właśnie dzielę się z moimi uczniami.

Lee nie tylko mnie szkolił. Kiedy sama zaczęłam uczyć, przychodził, obserwował jak sobie radzę. Nigdy nie mówię studentom o tym, co mi dobrze szło. Mówię za to, kiedy podejmują tą samą decyzję, co ja w przeszłości. Przecież poznałam to wszystko na własnej skórze.

Lee nie zszedł z góry z wszystkimi odpowiedziami, tak jak biblijny Mojżesz. Uczył, nie tylko mnie, ale i wszystkich, metodą sokratejską. Zadawał pytania, na które odpowiedzi trzeba było znaleźć samemu. A kiedy się je znalazło, stawały się częścią ciebie, twojej rzeczywistości, twojego poczucia prawdy i doświadczenia. Dostawałeś możliwość stania się kimś unikatowym, a nie jedynie kopią Lee.

Po śmierci Lee, świat nie stanął w miejscu. Aktorzy pozostali aktorami. Uczyliśmy wszystkiego tak, jak wcześniej robił to Lee. Poza tym mamy jego pracę nagraną na taśmach, cały świat może ją zobaczyć. Może Pan przyjść jutro do Instytutu Strasberga i powiedzieć: chcę zobaczyć taśmę z technikami relaksacyjnymi. Niedawno w Warszawie podarowałam Akademii Teatralnej taką kasetę, chociaż normalnie tego nie robię. To nagranie z ćwiczeniami relaksacyjnymi. Świat może się tą pracą dzielić. Działamy tak samo dobrze jak kiedyś, ponieważ metoda skupia się na istocie ludzkiej, jej rzeczywistości, na jej wewnętrznej prawdzie.

Od ponad dwudziestu lat mamy w Polsce demokrację. To oznacza wiele sposobów na bycie aktorem. Może nim zostać teraz prawie każdy. Jak rozpoznać tego dobrego, a jak złego aktora?

Lee wierzył, a zaznaczmy, że urodził się w Polsce, a następnie żył jako bardzo biedny chłopiec w zachodniej części Stanów Zjednoczonych, że każdy powinien dostać szansę. Jeśli ktoś uważał, że aktorstwo jest jego pasją i, że musi spróbować, Lee mu to umożliwiał. Pytałam go, jak wybiera tych wszystkich utalentowanych ludzi. A on odpowiadał: "To oni przychodzą do mnie ze swoim talentem, więc trzeba im otworzyć drzwi i wpuścić przez nie ten talent do środka, a nie zamykać je przed nimi i być ich sędzią." Trzeba spojrzeć w ich oczy i na ich trzewia, by zobaczyć, czy są głodni. A nietrudno jest ocenić czy aktor jest głodny. Jeśli jest, to zrobi wszystko, co mu każesz. Gdy powiesz "nie", pomyśli - "ja mu pokażę".

Kiedy zaczęłam uczyć, spytałam kiedyś Lee: "Z tyłu sali siedzi młody chłopiec, notuje wszystko, ale nic nie mówi i nie chce wychodzić na scenę. Muszę go do tego zmuszać, mówić mu "musisz pracować". Nie mogę do niego dotrzeć. Co robię źle albo czego nie robię?" Lee spojrzał na mnie i odpowiedział: "W czyim tempie ten człowiek ma się rozwijać? W twoim, czy w swoim własnym? Kiedy będzie gotowy, zrobi to, co powinien." I miał rację. Pewnego dnia, gdy poszłam na emisję filmu, spojrzałam na ekran i stwierdziłam: znam skądś tego aktora, skądś go kojarzę. Okazało się, że to właśnie ten mały chłopiec z końca sali! Na ekranie zmienił się w symbol seksu, a ja nie wiedziałam, kiedy to się stało!

A jak w tej rzeczywistości odnajduje Pani polskich aktorów? Wyróżniają się jakoś, dobrze się ich ogląda?

Oczywiście. Ich cechą szczególną jest to, że są znakomicie wyszkoleni. Naprawdę, bardzo dobrze przygotowani. Odwiedziłam szkołę w Warszawie, gdzie przyjmują garstkę ludzi, a mają 1300 chętnych. Sama akademia ma 200 lat tradycji. Muszą robić tam coś naprawdę dobrego od tych dwustu lat, bo ich aktorzy są wspaniale wyszkoleni. Kiedy przyjeżdżają do nas, nie zaczynają od zera, a jedynie uzupełniają, szlifują swoje umiejętności.

To dlaczego ciągle tak niewielu aktorów z Polski trafia do Hollywood? Czegoś jeszcze im brakuje?

Każdy ma swoje przeznaczenie. Hollywood bardzo się zmieniło. Epoki się zmieniają, a każda ma swój styl. Tylko jedna rzecz pozostaje taka sama: autentyczność aktorów. James Stewart, Gary Cooper, czy którykolwiek ze świetnych aktorów, zawsze potrafili pokazywać prawdę o granej przez siebie postaci. Teraz filmy są bardzo skomputeryzowane. To sprawia, że bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy ludzkiego pierwiastka na ekranie.

I to nie jest kwestia tego, jak dostać się do Hollywood. Chodzi o coś innego. Lee był nazywany ojcem aktorstwa filmowego. Pracował kiedyś dla Darryl'a Zanuck'a z 20th Century Fox. Robił filmy dla żołnierzy, ale oprócz tego szkolił aktorów, którzy starali się o rolę. Wtedy w Hollywood była moda, żeby wyrzucać z siebie głos, żeby było bardzo głośno, melodyjnie. Lee natomiast mówił do operatora dźwięku, by ten zachował naturalny dźwięk. Aktorom kazał mówić tak jak mówią na co dzień. Dźwiękowiec odpowiadał: "Pan Zanuck lubi jak jest głośno!" Lee odpowiadał, żeby się niczym nie martwić, że on bierze za to odpowiedzialność. Wtedy wchodził Pan Zanuck, ze swoim cygarem, siadał i stwierdzał: "To są ludzie szkoleni prze Strasberga, nie chcemy ich już tutaj więcej oglądać."

A Wy swoim adeptom sztuki aktorskiej nadal bacznie się przyglądacie?

Staramy się poznawać naszych aktorów, obserwujemy ich postępy. Nikt nie jest tu po prostu kolejnym uczniem. Każdego znamy osobiście. Jeśli ktoś opuści trzy zajęcia, dzwonimy do niego i pytamy dlaczego nie przychodzi do szkoły. Jesteśmy bardzo restrykcyjni i uczymy tak, jak uczył Lee. Po jego śmierci, Angelina Jolie została gwiazdą, Scarlett Johansson została gwiazdą, tak samo Claire Danes, Matt Dillon. I nawet Lady Gaga była u nas przez moment. Czyli nasza metoda jak najbardziej działa. Nie ma w tym żadnej magii. To estetyka, ćwiczenia, i nauka. My nie dajemy studentom talentu, oni już wcześniej go mieli. Uczymy ich ćwiczeń, szkolimy, a oni biorą z tego to, co potrzebują i uzupełniają to doświadczenie sobą. I jeszcze jedno: nie wymieniamy znanych osób, które uczyły się u nas, lista jest zbyt długa. To oni opowiadają o naszej szkole.

Ma Pani takie momenty w swoim życiu, kiedy patrzy na swoją pracę i myśli: Lee byłby zadowolony?

Bezustannie. Lee wciąż jest z nami. Kiedy jestem w Ameryce, co niedziela odwiedzam mojego męża. Nadzorca cmentarza zawsze powtarza mi, że aktorzy to szaleńcy, wciąż tam przychodzą i siadają przy jego grobie. Postawiłam tam dla nich nawet małą ławeczkę. Oni nawet robią próby teatralne przy tym grobie...

Na nagrobku umieściłam cytat z John'a Keats'a, którego Lee uwielbiał. Jeśli kochasz kogoś bardzo, to zostaje z tobą duch tej osoby. I ja cały czas mu powtarzam: Lee, to ty to wszystko zrobiłeś, co o tym wszystkim myślisz?

ANNA STRASBERG ur. 14 kwietnia 1939r. w Wenezueli jako Anna Mizrahi. W 1967r. została trzecią żoną Lee Strasberga i była nią aż do jego śmierci w 1982r. Kiedyś aktorka teatralna i filmowa, obecnie dyrektor Lee Strasberg Theatre and Film Institute w Nowym Jorku i Hollywood.

W 2011r. nakładem Wydawnictwa Literackiego ukazała się książka "Marilyn Monroe. Fragmenty. Wiersze, zapiski intymne, listy", zbiór prywatnych materiałów aktorki, przekazanych przez Annę Strasberg.

Komentarze (1)
Uczymy tak jak Lee uczył Marilyn: wywiad z Anną Strasberg
Zaloguj się
  • tytus1

    Oceniono 1 raz -1

    ***Kiedyś aktorka teatralna i filmowa,

    Mierna aktorka dodajmy

    ***obecnie dyrektor Lee Strasberg Theatre and Film Institute w Nowym Jorku i Hollywood.

    Niewatpliwie wybitny dyrektor.
    Slizgamy sie po pamieci meza :) och jakie to polskie...

    T

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najczęściej czytane

Najnowsze informacje