Orange Warsaw Festival. Moby "dzikuje", Skin szaleje, a My Chemical Romance nie słychać [RELACJA]

Zła wiadomość dla Ślązaków - Warszawa doczekała się porządnego festiwalu miejskiego i też umie organizować koncerty na stadionach. Dobra dla warszawiaków - Orange Warsaw Festival wyszedł na prostą, choć do ideału jeszcze sporo mu brakuje.
Szczególnie pierwsze godziny Orange Warsaw Festivalu nie rysowały się w zbyt jasnych (pomarańczowych?) barwach. Potężne kolejki przed bramkami wejściowymi, ścisk, tumult i wreszcie krążąca między zgromadzonymi plotka, że stadion pęka w szwach. W rzeczywistości płyta i trybuny do późnych godzin wieczornych świeciły pustkami i jeszcze na ostatnim koncercie było sporo wolnego miejsca. Pytanie do organizatorów: gdzie te wszystkie wyprzedane bilety?

Wybierasz się w sobotę? Zobacz [ZMIENIONY - odwołane The Streets] program imprezy >>

My Chemical Romance: Ktoś ich słyszał? *

Kiepsko wypadł koncert pierwszego zagranicznego wykonawcy. Głównie z powodów technicznych. Kto już odczekał swoje w kolejkach, w środku został powalony nieczytelną ścianą dźwięków i zagłuszającym muzykę Franka Iero i spółki piskiem fanek. Trzeba jednak docenić pomysłowość młodych fanów. Miłym akcentem była akcja, jak ją sami nazwali, "trzech sekwencji" - podczas kawałka "Na Na Na" wyciągnęli w górę kartki z napisem "Na", podczas "SING" maski w narodowych kolorach, a na ostatniej piosence kolorowe latarki. Szkoda tylko, że nie wyszło zbyt spektakularnie, ale to częsta przypadłość przygotowanych przez fanów festiwalowych niespodzianek. Tak czy inaczej plus za inicjatywę się należy.

Skunk Anansie: Ogień! ***

Podczas kolejnego koncertu Skunk Anansie organizatorom udało się zatrzeć pierwsze złe wrażenie. Grupa pojawiła się na scenie tuż po godz. 22 i od razu ruszyła z najwyższego biegu. Zjawiskowa Skin zaprezentowała się przed publicznością w obcisłym czarnym kostiumie nabijanym cekinami i potężnym kołnierzem czarnych pióropuszy. Temperatura rosła z każdą minutą - wokalistka zaczęła skakać na scenie, krzyczeć i wywijać statywem od mikrofonu. Wszystko przy dźwiękach ostrego, bezkompromisowego rocka. Tego się spodziewaliśmy i t w najwyższej ajkości dostaliśmy.

Moby: Dzikuje, dzikuje, dzikuje! ****

Ale prawdziwa zabawa zaczęła się w finale. Obawy fanów, że występ Moby'ego zdominuje materiał z jego nowej płyty ostatecznie się nie spełniły. O ile "Destroyed" trudno odmówić poetyckiego i wybitnie niekoncertowego klimatu, o tyle Moby na scenie to żywa petarda. Amerykanin zagrał niemal wszystkie swoje przeboje - od "Lie Down in Darkness", przez "The Stars", po "In This World". Raz grał na gitarze i śpiewał, kiedy indziej przesiadał się na bębny, żeby zaraz potem znów stanąć za mikrofonem. W pewnym momencie artysta wziął do ręki aparat i zaczął pstrykać zdjęcia skaczącej w rytm tanecznego pulsu publiczności. - Dzikuje, dzikuje, dzikuje! - wołał swoją łamaną polszczyzną. My też "dzikujemy"! I zapraszamy ponownie.

PS

Z premedytacją nie oceniliśmy występów telewizyjnych gwiazdek. Może najpierw udowodnią, że potrafią utrzymać się na scenie dłużej niż jeden sezon w TVN-ie. No i niech nauczą się śpiewać bez ściągawek:

Koncertowa lista przebojów Kultury - dzień pierwszy:

1. Moby ****

2. Skunk Anansie ***

3. My Chemical Romance *

***** - "widzieliśmy, słyszeliśmy - możemy umrzeć"
**** - "perfekcja, koncert bliski ideału"
*** - "nie zawiódł, nie zachwycił"
** - "a miało być tak pięknie..."
* - "ciesz się, że cię tam nie było!"

Masz inne zdanie? Podyskutuj z nami na Facebooku! >>

Więcej o: