Mariusz Czerkawski: Zróbmy wielki hokej

Wiadomości >  Archiwum
Rozmawiał Przemysław Iwańczyk
03.04.2011
A A A Drukuj
To niesamowicie widowiskowy, najszybszy zespołowy sport na świecie. Tylko dla ludzi honoru, więc nie wszyscy się do niego adaptują. Odnajdowanie się w szatni, w której jest 25 chłopaków z różnymi charakterami, uczy prawdziwego życia - mówi Sport.pl i "Gazecie Wyborczej" Mariusz Czerkawski
Niesamowita seria Detroi Red Wings

Mariusz Czerkawski ma 39 lat, jest jednym z najlepszych w historii polskich hokeistów. Karierę zaczynał w GKS Tychy, po dwóch sezonach w lidze szwedzkiej dostał propozycję z NHL. Przez dziesięć lat reprezentował barwy pięciu klubów. W 745 meczach strzelił 215 bramek, przy 220 asystował. Ostatnie lata kariery spędził w Szwajcarii. Jest olimpijczykiem z Albertville, w kadrze wystąpił w 42 meczach, strzelając 24 bramki.



Przemysław Iwańczyk: Reprezentacja wystartuje niebawem w mistrzostwach świata Dywizji I, czyli w II lidze, ale w Polsce mało kto o tym wie. Hokej już tak nisko upadł?

Mariusz Czerkawski: Hokej jest tak widowiskowym sportem, że bez problemu przyciągnąłby uwagę fanów, ale do tego potrzebny jest sukces. Ten, niestety, nie bierze się znikąd. Nawet jeśli błyśnie jakiś talent, w pojedynkę nic nie zrobi, polskiego hokeja nie pchnie do przodu. Po zmianach systemowych większość dyscyplin finansowanych przez państwowe molochy odnalazła się w nowej rzeczywistości. Hokej nie, dlatego jesteśmy jedną z nielicznych dyscyplin, która nie ma sponsora generalnego czy wsparcia mediów.

Sportowo aż tak tragicznie nie jest, bo na mistrzostwach walczyć będziemy o awans do elity. Obecnie jesteśmy między 20. a 22. miejscem na świecie.

Ale to chyba wasza wina, że nie poszliście drogą piłki nożnej, siatkówki czy piłki ręcznej, które znalazły i sponsorów, i patronujące im telewizje. Mimo że hokej jest szalenie widowiskowy z szybką grą i walką wręcz.

- O Kanadzie i USA nawet wspominać nie chcę. Ale patrząc na kraje skandynawskie czy nawet na Szwajcarię, gdzie także grałem, dochodzę do wniosku, że przespaliśmy swój czas. Zwłaszcza w latach, kiedy byliśmy w elicie i mieliśmy sporo świetnie zapowiadających się zawodników. Później dotknął nas kryzys ludzki. Młodzieży się nie chce, a jeśli się chce, wybiera inne sporty. Zresztą gdzie ma grać - proszę spojrzeć na mapę i zobaczyć, ile na niej białych plam. Wielkie ośrodki jak Poznań, Wrocław czy Białystok o hokeju w ogóle nie słyszały.

Nie wiem, jak było z innymi sportami, dlaczego zdołały przekonać do siebie telewizje, ale bez tego nie ruszymy. Tak jak nie ruszymy bez kilku świetnych zawodników, którzy graliby w liczących się ligach, a przyjeżdżając na mecze kadry, wywoływaliby wielkie zainteresowanie. Przecież Polacy uwielbiają oglądać drużyny w biało-czerwonych barwach walczące o najważniejsze trofea. Przy tak atrakcyjnej grze jak hokej taki model z pewnością spodobałby się któremuś z menedżerów spółek skarbu państwa, wtedy dostalibyśmy mocnego kopa i może stanęlibyśmy na nogi. Skoro za prawa telewizyjne do ligowej piłki - a umówmy się, stoi ona na marnym poziomie - płaci się grube miliony, to czemu nie hokej...

Polski hokej nie ma dziś gwiazd na lodzie, ale ma Czerkawskiego, który widział i wie, jak to robią najlepsi.

- Wspólny cel musi przyświecać wszystkim. Dwa lata temu zaangażowałem się w kadrę, zatrudniono z mojego polecenia szwedzkiego trenera, który znalazł wspólny język z zawodnikami. Mieliśmy wielką wizję, by ruszyć ten sport, organizować letnie obozy dla dzieciaków, sprowadzać trenerów ze Skandynawii. Szybko się skończyło, bo jak oznajmił mi prezes związku, nie było możliwości kontynuowania tej roboty z powodów finansowych. Ja, dodam, pracowałem społecznie.

Chciałem więc spróbować inaczej - znalazłem innego szkoleniowca ze Szwecji, który czując wielką potrzebę sprawdzenia się w trudnej sytuacji, chciał nam pomóc za darmo. Prezes związku powiedział mi, że polecony przeze mnie kandydat zgłosił się trzy dni za późno, bo pan Zdzisław Ingielewicz obiecał posadę Wiktorowi Pyszowi.

Zupełnie podcięło mi to skrzydła. Prezes postawił na swoim, sponsora dla kadry wciąż nie ma, choć prezes to przecież doktor ekonomii, znakomity menedżer z doświadczeniem giełdowym. Kadrę prowadzi trener Pysz, ale zupełnie inaczej patrzymy na sprawy szkoleniowe, w ogóle inaczej widzimy hokej. I dlatego mnie tam nie ma, choć zupełnie szczerze trzymam kciuki za tę ekipę. Chciałbym, żeby dzięki nim nasz sport miał się lepiej. Zaproponowałem nawet, że w rozmowach ze sponsorami czy telewizją mogą wykorzystywać mój wizerunek, ale od trzech lat cisza. Prezes mówi co prawda: "Jak chcesz, to weź ten hokej". Ale ja wcale nie chcę go brać, stawać na czele, rządzić. Chcę, żeby wszyscy mieli ten sam cel i pomysł na jego realizację. Zresztą prezes nie jest tam za karę, sam chciał tego stanowiska. Ja z Henrykiem Gruthem [inna legenda polskiego hokeja] popieraliśmy kandydata, który przegrał wybory.

A jaki pan ma pomysł?

- Przekonać rząd do tworzenia tzw. białych orlików, czyli lodowisk przy boiskach piłkarskich. Te obiekty należałoby wykorzystywać kompleksowo, hokejowi dałoby to wiele talentów, które w przyszłości stanowiłyby o sile kadry. Trzeba odbudować szkolne ośrodki, w których graliby i szkolili się najlepsi. Na razie kluby nie mają interesu, by posyłać tam najzdolniejszych, wolą ich trzymać u siebie, zapewniając sobie doraźny wynik.

Czerkawski nie jest jedynym lekarstwem. Nie ma tak, że gdzieś się pokaże i kasa popłynie. Należy opracować kompleksowy projekt.

Załóżmy, że przychodzi sponsor i daje 20 mln zł rocznie.

- Zacząłbym od dołu - uporządkowania struktur naboru. Zadbałbym o sprzęt dla młodzieży, wszedłbym przede wszystkim w partnerstwo z samorządami. Wspólnymi siłami moglibyśmy stworzyć siatkę, która wyławiałaby najzdolniejszych. Tych z kolei musieliby wziąć w swoje ręce fachowcy z zagranicy, którzy nakreśliliby plan dla klubowych szkoleniowców, nawet instruktorów. Korzystałbym także z rodzimych autorytetów, np. Henryka Grutha, który pracuje nie dla nas, ale dla Szwajcarów. To jest podstawa, tu trzeba największych nakładów, ale potrzeba nam również kilku zagranicznych gwiazd wśród zawodników, które zainspirowałyby naszych graczy. Należałoby także przeciąć wszelkie spory, na razie rozbieżności interesów, choćby na linii kluby - reprezentacja, jest zbyt wiele. No i kontrakt z telewizją, który otwiera wiele sponsorskich drzwi.

Ilu jest w Polsce hokeistów?

- W sumie około 2,5 tysiąca.

A jak jest w innych krajach? Kanada, USA...

- Takie porównania nie mają sensu. To tak, jakby stawiać w jednym szeregu Formułę 1 i tor gokartowy przy Puławskiej w Warszawie.

To jak jest w Szwajcarii, gdzie grał pan przez kilka lat?

- W Szwajcarii czy w Czechach lodowisko jest w każdej wsi. Chłopaki grają, bo chcą być świetnie zarabiającymi gwiazdami. Marzą im się występy jeśli nie w NHL, to np. w Rosji, gdzie można wyciągnąć ponad milion dolarów rocznie. Tam pochłonięci karierą małolatów są także rodzice. Wspólnie siadają przed telewizorem i oglądają gwiazdy. U nas jedynie w TVP Sport można od czasu do czasu zobaczyć ligowy mecz. Gdyby zrobić sondę i zapytać na ulicach Warszawy o znanych polskich hokeistów, mało kto wymieniłby choćby jedno nazwisko.

Jak zachęciłby pan rodziców, by posłali dzieci na treningi hokeja?

- To niesamowicie widowiskowy, najszybszy zespołowy sport na świecie. Technika, szybkość, zwrotność, tzw. ogólnorozwojówka pozwalają młodym ludziom na prawidłowe dorastanie. Samo to, żeby nauczyć się dobrze jeździć na łyżwach, jest niesamowitym wyzwaniem. Nie mówię już o przeżyciach, emocjach, adrenalinie, jakie wywołuje ta gra. Dla każdego jest miejsce - techników, walczaków, bramkarzy.

Nie jest to również drogi sport, bo nie trzeba kupować nowych łyżew za kilkaset złotych, można iść na giełdę i wybrać coś z drugiej ręki. Kupienie rakiety tenisowej, nart czy posłanie dzieciaka do prywatnej szkółki piłkarskiej kosztuje o wiele więcej.

Wreszcie walor wychowawczy. Czy pan wie, jak wiele moich znajomości przetrwało z lat, kiedy zaczynałem jeździć na łyżwach? To naprawdę fajna sprawa, zwłaszcza że hokej to sport dla ludzi honoru, nie wszyscy się do niego adaptują. Odnajdowanie się w szatni, w której jest 25 chłopaków z różnymi charakterami, uczy życia.

Pan od początku myślał o wielkiej karierze?

- Miałem marzenia, choć uprawiałem wiele innych sportów, w których szło mi całkiem nieźle. Na boisku piłkarskim rywalizowałem w Tychach z drużyną Radka Gilewicza. Była również koszykówka i piłka ręczna. To wszystko niezwykle mi pomogło w hokeju, który zawsze stawiałem na pierwszym miejscu. Tak naprawdę zdecydował przypadek, bo gdyby rodzice nie wyjechali z Radomska za pracą do FSM w Tychach, nic by z hokeja nie wyszło. I tu wracamy do problemu "orlików", które dałyby hokejowi wielką szansę. Być może ucieka nam wiele talentów, o których w ogóle nie wiemy, bo lodowisk nie ma pod każdym blokiem. A bez nich wielkiego hokeja nie będzie.



Do treningów wraca Sidney Crosby »


Tagi:

Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX