Profesor Mikołejko uważa, że katastrofa smoleńska przede wszystkim "ujawniła klęskę pewnego myślenia znacznej części elit - myślenia emocjonalnego o polityce, myślenia w kategoriach płytkiego, taniego romantyzmu, który z reguły prowadzi do mnożenia grobów". Jego zdaniem taki poryw wbrew wszelkiej rozumności kończy się z reguły klęską i trumnami.
- Jednocześnie ujawniła się tu niedoskonałość administrowania, zarządzania różnymi sprawami, niesprawność struktur wojskowych, struktur państwowych. Jeśli zaś szukamy naprawdę winnych za to, co się stało, to przede wszystkim jest winna polityka IV Rzeczpospolitej, także jej emocjonalna polityka skierowana ku historii.
Społeczeństwo straciło "wsporniki" Według profesora trauma po katastrofie smoleńskiej polega na tym, że państwo straciło swoje "wsporniki" - symboliczne i rzeczywiste. - Wojsko zostało absolutnie ogołocone z przywództwa, ogołocony został
bank centralny, zginęli prezydent, ministrowie, przywódcy parlamentu. To nie może pozostać bez skazy. W warunkach pokoju i demokracji, w normalności, w codzienności, która nas otacza, problem winy staje się ważniejszy niż w czasie wojny. W warunkach wojny śmierć jest bowiem rozmnożona, powszechna i nie jest tak wymowna. A tu nagle, jak grom z jasnego nieba... To jest straszliwie irracjonalne zdarzenie - mówi Mikołejko.
To jego zdaniem również powoduje, że ewentualne szukanie winnych katastrofy sprzed roku to nie tylko kwestia zemsty. - Chcemy znaleźć w tym co bezrozumne, co nagłe, jakąś logikę. Chcemy pojąć rozumowo, jak to się stało i dlaczego. Chcemy z poziomu emocji przenieść się na stronę rozumu, szukając racjonalnych przyczyn tego, co nie ma racjonalnych przyczyn. Ja też temu ulegam, bo mam żal. Niestety, żal do części tych, którzy zginęli, ale też do części tych, którzy zostali.
Potrzeba interesu emocjonalnego Zapytany o awanturę wokół poszukiwania przyczyn katastrofy, Mikołejko podkreśla, że potrzebne było wprowadzenie w rozmowie o polskiej polityce nowej kategorii - interesu emocjonalnego. Odnosząc się do wypowiedzi polityków dotyczących katastrofy stwierdził: - Powiem ironicznie, że oni wiedzieli co jest przyczyną jeszcze zanim samolot spadł.
- Mówi się wiele o interesach materialnych, ideologicznych, religijnych, natomiast nie mówi się o interesie emocjonalnym. Są zatem wielkie grupy społeczne i jednostki, które mają pewien interes emocjonalny w absurdalnym, chorym myśleniu i mówieniu o katastrofie smoleńskiej - dodał.
Zaznaczył jednak, że zwolennicy teorii o spisku mającym na celu strącenie samolotu prezydenckiego, to "nie tylko zwykli internauci". - Widziałem profesorów z pewnego instytutu PAN, którzy debatowali w klubie nad supertajnymi broniami z taką powagą, że ci z internetu niech się schowają. Zawsze przecież jest zapotrzebowanie na teorie spiskowe. To w gruncie rzeczy stare teorie, które dostają nowe wyposażenie. Kiedyś przywoływały podstępne figury w postaci jezuitów, Żydów, masonów, cyklistów czy żółtego niebezpieczeństwa, teraz mają do dyspozycji inne wymysły, z pozoru bardziej nowoczesne i "naukowe". Tak się objawia teoria wroga, który zawsze działa skrycie i zawsze jest niewidzialny, chociaż wszyscy o nim mówią. W związku z upowszechnieniem wiedzy technicznej, technika została więc "doszyta" do starych lęków - mówi religioznawca.
W jego opinii krążące opowieści o supernowoczesnej broni niczym się nie różnią od historii o wampirach czy wilkołakach. Dodaje, że zwolennicy tych teorii są głusi na argumenty specjalistów w dziedzinie nauk technicznych, którzy by im powiedzieli, że chociażby sztuczna mgła może być wzniecona tylko na bardzo małym obszarze i na bardzo krótko.
Wspólna żałoba? "To iluzja. Nie było jej" Mikołejko podkreśla, że po katastrofie smoleńskiej nie było czegoś takiego jak "wspólna żałoba". Jego zdaniem to była "iluzja, którą chcemy sobie wmówić". - Ale pozorne zapomnienie nie jest wyjściem - przestrzegł religioznawca. - Jeśli więc sprawy nie wyjaśnimy, to będzie cały czas pracowało.
Dodał, że do dalszych prac nad uporaniem się z dramatem tragedii smoleńskiej potrzebna jest zgoda i pokora. - Ale po katastrofie smoleńskiej elity polityczne nie chcą rozmawiać w ten sposób. To paradoks, że nie chcą rozmawiać o polityczności, tej głębszej polityczności tego wydarzenia. A my za nimi wędrujemy, widząc tylko powielanie rozdanych dawno stanowisk. Zaczyna nas ta sprawa nudzić i to jest najgorsze - podkreśla.
Zdaniem profesora bardzo na polską świadomość działa tradycja - także ta zła. - Egzystujemy więc uparcie z problemem uporania się z dramatycznymi historiami, które nam się przydarzyły - rzezią galicyjską, Jedwabnem i innymi sprawami, za które ponosimy odpowiedzialność. Oczywiście wszystkie społeczeństwa mają trupy w szafie i każdy naród kłamie. Ale ważny jest też rodzaj kłamstwa, ważne to, czy ono nas wzmacnia, czy osłabia. Ja mam zaś wrażenie, że nasze kłamstwo w nas gnije - mówi.