Z Janem Komasą rozmawia Edyta Błaszczak Lubisz mangę? - Od podstawówki jestem fanem. Żyję marzeniami o Japonii. Lubię tamte
gry komputerowe i filmy.
Obrazy o tym, że łatwiej kochać lalkę niż drugiego człowieka? - Cóż, Zachód jest zapatrzony we wzorce japońskie i wydaje mi się, że będziemy tymi problemami przesiąkać.
U nas też stanie się problemem syndrom hikikomori? Miliony młodych Japończyków izolują się od świata, zamykają we własnych pokojach, spędzają życie przed komputerem. - Uzależnienie od internetu Polski jeszcze nie dotyczy. Moją obsesją są tak naprawdę choroby cywilizacyjne, zamykanie się na świat, socjopatia. Internet jest tak potężnym medium, że nie ma przed nim jak i po co uciekać. Po prostu musimy się nauczyć z nim żyć.
Dlaczego musimy? Może istnieje życie bez internetu? - Bo to dziś chyba najbardziej naturalny środek, żeby poznać innych ludzi. Ani
szkoła, ani podwórko, ani dom, ani potem praca nie daje poczucia przynależności do grupy. Musimy jej szukać inaczej.
Główny bohater twojego filmu, Dominik, ma kochających rodziców, chodzi do najlepszej szkoły, na studniówkę dostaje najpiękniejszy garnitur. Dlaczego ucieka z tego dobrego świata do internetu? - Dominik - ale także Sylwia, druga ważna bohaterka mojego filmu - mają wiele cech prawdziwej osoby. Jakiś czas temu przeczytałem artykuł o Magdzie Malarowskiej, 21-latce, która studiowała w Cambridge, wspomagała pomarańczową rewolucję, pisała wiersze. I miała depresję, która skończyła się samobójstwem. Jej historia była brakującym elementem szkicu scenariusza, który napisałem. Potrzebna mi była nieszczęśliwa dusza. I w dodatku zdarzył się niezwykły zbieg okoliczności. Przeczytałem, że matka tej dziewczyny zajmuje się oprawą muzyczną do filmów. Wstukałem jej nazwisko w bazę i od razu wyskoczyła "Oda do radości" - film, który sam zrobiłem w 2005 roku. Nie pamiętałem jej, ale od razu się spotkaliśmy.
Spodobała się jej twoja historia? - Wtedy zaczęła się największa praca. Rodziny, które dotyka samobójstwo z reguły się zamykają. Próby samobójcze,
depresja to tabu, bo to jest sygnał dla świata, że dałem ciała jako rodzic. Pani Anna też nie udało się uchronić córki, ale chciała pomóc, jest rodzicem walczącym. Scenariusz czytali wybitni psychiatrzy, a oni mają nosa do charakterów.
Czy doszedłeś, dlaczego ludzie targają się na własne życie? - Jak mówi aktorka Roma Gąsiorowska między innymi dlatego, że nie mają skóry, są nadwrażliwi. Ale w przypadku Magdy to było fatum. Wydaje mi się, że od zawsze nosiła w sobie jakiś rodzaj smutku. To taki smutek, który tylko czeka, żeby obezwładnić, nie sposób nad nim zapanować. Jak to sobie uświadomiłem to się przestraszyłem.
Czego dokładnie? - Że choćby jedna kropka, brak wpisu może ten smutek wyzwolić. Dziś nas zabijają literki z Facebooka.
Żeby to sprawdzić spędziłeś rok w Second Life? - Podobnie jak bohaterowie, byłem kiedyś miesiąc non stop w tej grze, ale mojego avatara dzieliłem z Kubą Gierształem (filmowym Dominikem), tam zresztą byli sami dorośli ludzie. Żeby poznać 18-latków chodziłem z nimi na imprezy. Moja siostra jest w podobnym wieku. Film powstawał trzy lata - z czego prawie rok trwały pracę nad animacją, zrobiliśmy ogromną dokumentację.
Widziałeś gdzieś w klubie Dominika? - Wielu. Grzywki emo, kolczyki, fajne ciuchy. Przywożą ich rodzice wypasionymi furami na koncert zbuntowanych grup, choćby Funreal for a Friend. Stają przed sceną, ani drgną. Wyciągają telefon i nagrywają cały koncert. Przyjeżdżają po nich rodzice, a oni dopiero w domu wrzucają filmiki na Facebooka i zaczynają się bawić: komentują, opowiadają wrażenia. Imprezy, na których byłem z 18-latkami były nieudane. Dopiero na Facebooku okazywały się świetne.
Na co dzień Dominik prawie wcale się nie odzywa. - Jak z "Możliwości Wyspy" Michela Houellebecqa [powieść o klonach ludzi, którzy nie potrzebują jedzenia, seksu, porozumiewają się tylko przez internet, jeśli umrą zastępują ich kolejne klony]. Ale ja się paradoksalnie nie martwię o to, że ludzie uzależnią się od internetu. Boję się w ogóle o współczesną duszę obdartą ze skóry, eteryczną. Nie ma już wojen, gwałtu na ulicach, ale my sami dla siebie staliśmy się zagrożeniem. Dominik przecież tak naprawdę jest rozpuszczonym gnojkiem zamkniętym w dobrym świecie. Odgrodzony od wszystkiego szkołą, kierowcą, murem wokół domu. Żyje w pustce. Młodzi z bogatych domów wypełniają ją gadżetami i internetem.
To smutne. - Tak, ale oni wcale nie są ofiarami. Są bezczelni, nie mają skrupułów. Potrafią w połowie herbaty powiedzieć kelnerce, że woda jest niedobra, a herbata nie miała być miętowa, tylko miętowa z cynamonem. Młode wilczki, które mówią: mój tata ma firmę farmaceutyczną, idę na SWPS, potem zostanę jego rzecznikiem, będą zarabiał 8 tysięcy i pozamiatane.
Dlaczego sportretowałeś to pokolenie? - Chciałem ich przestraszyć, powiedzieć, że jest jeszcze czas na zmianę. Po pokazach wiem, że czuli się beznadziejnie. Samotni i bezradni.