Czy opera może być jak McDonald's?

Michał Stangret
2011-02-28 , aktualizacja: 01.03.2011 11:47
A A A Drukuj
Teatr? Opera? Filharmonia? Polacy coraz mniej interesują się kulturą wyższą. Może zniechęcają się, bo bilety na dobre przedstawienia i koncerty są za drogie i zbyt trudno dostępne? A wartościowych imprez jest u nas za mało
Bilety na spektakle Teatru Polonia, choć drogie, trzeba kupować ze sporym wyprzedzeniem. Gdy latem teatr wystawia je na placu Konstytucji przychodzą tumy
fot. Grazyna Jaworska / AG
Bilety na spektakle Teatru Polonia, choć drogie, trzeba kupować ze sporym wyprzedzeniem. Gdy latem teatr wystawia je na placu Konstytucji przychodzą tumy
Tak źle jeszcze nie było. Już blisko 85 proc. Polaków mówi, że nie interesuje się kulturą wyższą - wynika z opublikowanego właśnie sondażu firmy badawczej ARC Rynek i Opinia (rok temu było to ok. 83 proc., dwa lata temu - 80 proc.). - Choć te zmiany nie są ogromne, widać systematyczny wzrost grupy osób, których nie interesują takie kwestie jak teatr, opera, koncerty muzyki klasycznej, wystawy, galerie - mówi Krzysztof Szczerbacz z firmy ARC Rynek i Opinia.

Do teatru czekasz miesiąc

Dlaczego topnieje to grono? - Informacjom o kulturze wyższej coraz trudniej jest się przebić w gąszczu wiadomości o kulturze masowej. Nie są też dostępne na wyciągnięcie ręki. Żeby się dostać na głośne przedstawienie teatralne, trzeba rezerwować bilety z miesięcznym wyprzedzeniem. Nie da się zaplanować wizyty w teatrze lub filharmonii z dnia na dzień, jak wyjścia do kina. To może zniechęcać tych, którzy np. na początku tygodnia wpadli na pomysł, by w weekend wybrać się do teatru czy na koncert. Kłopoty z kupnem biletów sprawią, że wielu chętnych machnie ręką i zostanie w domu - mówi Krzysztof Szczerbacz.

Barierą są też ceny. Bilet do teatru to wydatek minimum 30-40 zł, na operę nierzadko trzeba wydać ponad 100 zł.

Jak wynika z danych GUS, tylko 4 proc. Polaków przynajmniej raz w roku bywa w filharmonii, w galerii sztuki - 5 proc., w teatrze - 8 proc. Co ciekawe, większość tych grup stanowią te same osoby. To właśnie ci stali bywalcy kupują dużą część z blisko 12 mln biletów, jakie rocznie sprzedają nasze teatry i filharmonie (jeszcze w 2005 r. sprzedawały ich nieco ponad 9 mln. rocznie).

Snoby tu nie przychodzą

Kim są ci konsumenci kultury wyższej? - To nie są ludzie, których do teatru czy opery ciągnie atmosfera snobizmu. Pokazywanie się w takich miejscach przestało już być snobizmem dla bogatych czy sławnych. Ludzie tam idą, bo znajomi idą. W ten sposób na widowni mamy grupki osób, którzy przyszli razem - np. studentów, czy całe rodziny. Nierzadko przychodzą systematycznie, kupując np. roczne karnety - mówi dr Mirosław Pęczak, socjolog kultury z Uniwersytetu Warszawskiego.

Nie dziwi go, że tak trudno (i drogo) dostać się na przedstawienia znanych reżyserów czy koncerty światowych gwiazd muzyki poważnej. - Opera czy filharmonia nigdzie na świecie nie są rozrywką masową. Właśnie to niektórych może do nich przyciągać - mówi.

Czy faktycznie zarabiającemu średnią krajową Kowalskiemu pozostają tylko imprezy bezpłatne, jak Koncerty Chopinowskie w Łazienkach? Liczba miejsc w polskich teatrach i instytucjach muzycznych w ciągu ostatniej dekady wzrosła z 65 tys. do ponad 72 tys. liczba przedstawień z 50 tys. do 56 tys. rocznie. Może to za mało? Może filharmonie i teatry powinny zwiększyć liczbę imprez?

- Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Są teatry, które z trudem znajdują widownię na dwa przedstawienia w miesiącu i takie, do których chodzą tłumy. W moim teatrze bilety trzeba rezerwować przynajmniej dwa tygodnie wcześniej. Można wprowadzać dodatkowe przedstawienia - kiedyś były tzw. popołudniówki, czyli sobotnio-niedzielne sztuki o 15. Należałoby też budować większe sale. Na Zachodzie w przeciętnym teatrze jest 600-800 miejsc, u nas 300-400 - mówi Kazimierz Kaczor, aktor i wieloletni prezes Związku Artystów Scen Polskich.

Edyta Błaszczak, Metro: To co trudniej zrobić, lepiej smakuje

Na całym świecie dostanie się na premierę wziętego reżysera teatralnego, graniczy z cudem. W operze nowojorskiej na wybitne koncerty brak biletów już w chwili zapowiedzi wydarzenia. W Wiedniu po bilety do filharmonii trzeba stać w nocnych kolejkach Mimo większych sal i bardziej prestiżowych zespołów, tam też brakuje biletów na creme de la creme.

Na standardowe koncerty miejsca są, tak jak w Polsce. W ostatni weekend tuż przed spektaklem bez problemu kupiłam bilet na "Klub Polski" w stołecznym Teatrze Dramatycznym. I były jeszcze puste miejsca. Ale na bilet na "Tango" w Narodowym z Grażyną Szapołowską i Janem Englertem czekałam pół roku. Warto było - to, co trudniej zdobyć - lepiej smakuje.

Gdyby sztuka wysoka nie była tak elitarna, straciłaby zapewne słodki smak czegoś trudno dostępnego. Dla mnie większym zmartwieniem jest, kto wypełni budujące się właśnie sale koncertowe w Katowicach czy Białymstoku.

Czy zgadzasz się, że teatr, opera czy filharmonia muszą być trudno dostępne by zachować urok elitarności? A może po prostu naszym artystom, reżyserom i dyrektorom scen przewraca się w głowach? Napisz do nas: metro(at)agora.pl

Podziel się