Król rządził na Oscarach

Maja Staniszewska
2011-02-28 , aktualizacja: 28.02.2011 20:04
A A A Drukuj
Wygrali ci, którzy mieli wygrać. Może z wyjątkiem Davida Finchera - brak statuetki dla reżysera "The Social Network" to chyba jedyny skandal tych Oscarów. Choć ceremonia okazała się niemiłosiernie nudna, wybraliśmy z niej smaczki. Kto rozczarował najbardziej, kto zalał scenę łzami, a kto może czuć się największym przegranym?
Najlepsi aktorzy: Christian Bale, Natalie Portman, Melissa Leo, Colin Firth
Fot. Matt Sayles AP
Najlepsi aktorzy: Christian Bale, Natalie Portman, Melissa Leo, Colin Firth
ZOBACZ TAKŻE
Zgodnie z przewidywaniami najważniejsze statuetki w branży filmowej powędrowały do tych, do których przez cały sezon trafiały pozostałe nagrody. Cztery Oscary - w tym dla najlepszego filmu - zdobył brytyjski dramat o królu jąkale "Jak zostać królem". Zasłużonego złotego rycerza może na swojej półce postawić uroczy Colin Firth, a także reżyser i scenarzysta. Obaj przygotowali bardzo wzruszające przemowy. Tom Hooper wspominał, że filmu by nie było, gdyby nie jego mama, która zwróciła jego uwagę na tekst teatralnej sztuki napisanej przez Davida Seidlera. - Płynie z tego jedna ważna nauka: zawsze słuchajcie swoich mam - mówił ze sceny Hooper. A sam Seidler nagrodzony Oscarem za scenariusz oryginalny przypomniał, że kiedyś też się jąkał. I że ojciec mu mówił, że późno osiągnie sukces. Miał rację - Seidler ma 74 lata.

Również cztery Oscary powędrowały do twórców „Incepcji” - za zdjęcia, efekty specjalne i dwa dźwiękowe. Trzy otrzymał „The Social Network” - za scenariusz adaptowany, montaż i muzykę. Nagrodę dostała też Natalie Portman za rolę baleriny na skraju szaleństwa w „Czarnym łabędziu”, a statuetki dla aktorów drugoplanowych - za brawurowe kreacje syna i matki w filmie „Fighter” - Christian Bale i Melissa Leo. Randy Newman zamienił swoją 20. nominację na drugiego Oscara - za piosenkę do „Toy story 3”. Ten film także został najlepszym filmem animowanym. Statuetkę dla filmu dokumentalnego dostał dający do myślenia „Inside Job” o kryzysie finansowym. Jego reżyser jako jedyny wniósł na scenę nieco polityki - „Przepraszam, że to powiem, ale od wybuchu kryzysu finansowego minęły już trzy lata, a jeszcze żaden finansista nie trafił za kratki, a to źle”. Potem było znów grzecznie, miło i nijako. Na szczęście tegoroczna ceremonia trwała tylko trzy godziny i 11 minut. Co tu robi James Franco?

Nowi prowadzący - 32-letni James Franco, nominowany za najlepszą rolę męską w "127 godzinach" i najmłodsza w historii oscarowej gali prowadząca, 28-letnia Anne Hathaway mieli sprawić, że show będzie bardziej atrakcyjne dla młodszych widzów. Efekt był taki, że na widok Billy'ego Crystala, starego wyjadacza, który Oscary prowadził osiem razy ze swadą i dowcipem (do niego należy najbardziej niezapomniane oscarowe wejście, kiedy w 1992 roku wjechał na scenę w masce Hannibala Lectera), publiczność zgotowała mu owację na stojąco. Crystal, niestety, na scenie nie został. Zostaliśmy z Hathaway, bardziej zajętą sześciokrotną zmianą kreacji niż prowadzeniem, i drewnianym Franco, który miał minę na zmianę znudzoną i pogardliwą. Widocznie dla kogoś, kto gra w filmach, teatrze, serialu "General Hospital", maluje, pisze książki i robi studia doktoranckie w Yale, prowadzenie oscarowej gali jest poniżej godności. Przebranie się za Marylin Monroe to było wszystko, na co było go stać. Facet w damskich ciuchach. Bardzo śmieszne.

Król wieczoru i słowo na F

Na tle pozbawionego osobowości prowadzącego jak diament zajaśniał na scenie 94-letni Kirk Douglas, który wszedł o lasce, by wręczyć nagrodę dla aktorki drugoplanowej. Odbierająca statuetkę z rąk Douglasa Melissa Leo oddała hołd aktorowi, przyklękając na jedno kolano. A potem jako pierwsza osoba w historii ceremonii użyła niedopuszczalnego w amerykańskiej telewizji na żywo "słowa na F" (f...ck). Za co musiała potem przeprosić. Powiedziała, że ją poniosło i nie chciała nikogo urazić. A może po prostu była to mała zemsta za potok pogardy, jaki na nią spłynął, kiedy po nominacji wykupiła ogłoszenia, prosząc członków Akademii o rozważenie jej kandydatury do Oscara.

Kobiety na Oscarach

Mimo że Hathaway w dość dziwacznym żarcie stwierdziła, że rok był wyjątkowo udany dla kina i dla lesbijek (zaliczyła do lesbijskich filmów nawet „Toy story 3”), Lisa Cholodenko nie dostała Oscara za scenariusz „Wszystko w porządku”. Szansy na nagrodę za reżyserię nie miała - w tym roku w tej kategorii żadnej pani nie nominowano, choć dwie reżyserki miały filmy w kategorii najlepszy film. Oscara dostała za to Dunka Susanne Bier za „In a Better World”. Była tak wzruszona, że ledwie mogła sobie przypomnieć parę słów po angielsku. Za to Natalie Portman w zaawansowanej ciąży zrosiła scenę łzami, dziękując wszystkim - łącznie z Lukiem Bessonem, w którego „Leonie zawodowcu” debiutowała jako 13-latka, makijażystkami i facetami, którzy na planie noszą kable. I swoim narzeczonym, dzięki któremu już wkrótce „zagra najważniejszą rolę w swoim życiu”. Chlip. Najwięksi przegrani

Bracia Coen nie będą wspominać tych Oscarów z przyjemnością - ich nominowane w 10 kategoriach "Prawdziwe męstwo", świetny film, nie dostało ani jednej statuetki. Wielkimi przegranymi są też ci, którzy głosowali na Toma Hoopera w kategorii najlepsza reżyseria. Bo jego wybór był wyborem najgorszym z możliwych - czterej pozostali reżyserzy coś w swoich filmach stworzyli, on tylko odtworzył. Przyzwoicie, ale bez błysku. Oscara za reżyserię dostać powinien David Fincher za zamienienie totalnie niefilmowej historii o twórcach Facebooka we wciągający film, od którego nie sposób oderwać wzroku.

Powtórkę gali (jeśli naprawdę chcecie się katować) możecie zobaczyć dziś o 21 w Canal+

Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas: metro(at)agora.pl

Podziel się