Magiczne przesilenie

Obyczaje nocy z 23 na 24 czerwca, mimo że nawiązują do imienia świętego chrześcijańskiego, mają pradawny i pogański rodowód. Słowiańska sobótka, na Ukrainie zwana też nocą Kupały, która powinna być obchodzona jako dzień i noc zakochanych
Letnie przesilenie dnia z nocą odczytywane było jako moment szczególnego przełomu. Ludzie sądzili, iż w tym czasie słońce przybliża się do ziemi, a na jej mieszkańców oddziałują kosmiczne moce i siły.

W lasach zakwitał cudowny kwiat paproci, a rośliny zyskiwały magiczne właściwości. Dlatego po zmierzchu zielarki udawały się do borów i na leśne polany, by zbierać zioła. Także panny na wydaniu rwały kwiaty i rozmaite rośliny. Wiły z nich wianki, które nocą puszczały na wody potoków i strumieni. Z zachowania wieńców odczytywały wróżby o swym przyszłym zamążpójściu.

Ten malowniczy obrzęd rozświetlały błyszczące na wzgórzach i pagórkach liczne ognie sobótkowe. Rozpalano je wieczorem. Przywoływały moc i siłę życiową tkwiącą w żywiole ognia. Dlatego dbano o to, by ogień świętojański był "żywy", czyli rozniecony przez krzesanie lub tarcie.

Sobótkowe ognie były centrum radosnej i upojnej zabawy. Hulanki ludzi przyciągały również dusze błąkające się w zaświatach oraz demony i czarownice, które tej nocy urządzały swoje sabaty. Szczególna, radosna i rozwiązła atmosfera przywoływała czasy pierwotnego początku i chaosu, z którego wyłoniło się życie i cały świat.

Dawniej w Galicji i w Krakowie ognie sobótkowe związane były z dniem Zielonych Świąt. Jednak wielki pożar miasta, który miał miejsce w połowie XIX wieku, spowodował wprowadzenie rygorystycznych przepisów przeciwpożarowych. Władze zezwoliły na palenie sobótek tylko na wybrzeżu Wisły i w wigilię św. Jana.

Czarownice, topielice, dziwożony

W okresie letniego przesilenia szczególnej mocy nabierają zaklęcia słane do ukochanej i ukochanego. W magicznym blasku rozpalonego ogniska, nad brzegami jezior, stawów i rzek pary mogły łączyć się bezkarnie; aż do wypalenia się ognia, aż do nadejścia poranka.

Sobótka to czas magii i cudów. Po lasach hasają czarownice, dziwożony, topielice i inne złe duchy, które tylko czekają, by nas omotać i odebrać siły. Sposobem na te czarcie moce był skok nad ogniskiem, a potem kąpiel w jeziorze. Wystraszone tymi zabiegami duchy uciekały, a ludzie mogli oddawać się ziemskim uciechom. Ogień dodatkowo chronił przed piorunami, chorobami, gradem, pożarami i zwiększał płodność. Bezdzietnym małżeństwom miał zsyłać potomstwo. Przeganiał też wiedźmy, które zawsze stoją na drodze związku kobiety i mężczyzny. Wilia letniego przesilenia to najważniejsze święto naszych pogańskich przodków.

Jak to było przed wiekami?

Nasi przodkowie zaczynali od rozpalenia wielkiego ogniska (dziewczyna, która wieczorem zobaczy dziewięć ognisk jeszcze tego roku wyjdzie za mąż). Dookoła ognia ustawiali suto zastawione stoły. Trunków i jadła tej nocy miało nie brakować do samego rana. Ludzie łączyli się w pary i wspólnie skakali przez płomienie. Potem młode kobiety puszczały na wodę wianki, a młodzieńcy płynęli wpław, by wyłowić rzucony przez wybrankę. W niektórych regionach dziewczyny rzucały wianki nad ogniskiem, a chłopcy musieli je łapać. Biada, jeśli wianek spłonął lub zatonął - to była zła wróżba. Kobieta na pewno nie będzie już z tym mężczyzną, który nie pochwycił kwiatów, a nawet groziła jej samotność do końca życia.

O północy świętujący szli poszukiwać kwiatu paproci, co to tylko w tę noc zakwita, a przynosił szczęście w miłości i pomagał odnaleźć ukryte skarby. Co działo się w lesie między dziewczynami i chłopakami podczas nocnych poszukiwań, możemy się tylko domyślać. Tak zabawiali się młodzi. Starsi jedli, pili i kochali się bez umiaru do świtu, który w pełni ukazywał wszystkie bezeceństwa ostatniej nocy.

Aż przyszedł św. Jan Chrzciciel i położył kres orgiom naszych słowiańskich przodków. Prześwięcił czarownice, dziwożony i topielice. Nie tak łatwo mu szło, bo wielka moc tkwiła w pogańskich kultach. Po tamtych zaprzeszłych czasach do dziś jednak pozostały wianki, ogniska i zabawa pełna miłosnych podtekstów, ale to wszystko już bez erotycznych swawoli, jakim oddawali się starożytni Słowianie. Gdyby wziąć pod uwagę siłę tradycji i tajemniczość tych obrzędów, to właśnie w noc sobótkową powinniśmy obchodzić święto zakochanych - czerwcowe janinki, a nie lutowe walentynki.

Kim jest Kupała?

Modne stało się ostatnio nazywać noc sobótkową - nocą Kupały albo kupalnocką, co ponoć nie oznacza nic innego, jak tylko obrzędową kąpiel. W trakcie szybkiej redakcyjnej sondy odpowiedzi były różne, nam najbardziej spodobało się, że to patron kochania się. Jest w tej odpowiedzi trochę prawdy, ale gdyby usłyszeli taką odpowiedź współcześni Białorusini i Ukraińcy, byliby oburzeni. Dla nich św. Iwan Kupała to nasz Jan Chrzciciel. Kupała na Ukrainie jest także figurą mitologiczną, podobnie jak Kostrubonko, Kostroma, Łada czy Jaryło. Trudno wyjaśnić, skąd owe postacie się wywodzą (choć Aleksander Brueckner w "Mitologii słowiańskiej i polskiej" twierdzi, że to imię całkiem chrześcijańskie i nie ma nic wspólnego z pogaństwem). Ich rodowody giną gdzieś w zamierzchłej przeszłości. Wiadomo tylko, że na przykład Kostrubonko to bóstwo wiosny i w okresie wielkanocnym obchodzono uroczystości jego śmierci i zmartwychwstania. A w wilię letniego przesilenia, czyli 23 czerwca, robiono słomianego Kupałę. Ubranego w suknie kobiece, z kwietnym wiankiem na głowie, ludzie kładli Kupałę obok ściętego drzewa udekorowanego kolorowymi wstążkami. Na trawie rozkładano wódkę i mięsiwo. Rozpalano ognisko, przez które skakali mężczyźni i dziewczęta ze słomianą kukłą. Trzeba było uważać, by figura nie zajęła się ogniem. Ucztowano i bez umiaru pito gorzałkę. Kobiety i mężczyźni oddawali się także cielesnym uciechom. Ponoć nasze mazowieckie sobótki były dużo łagodniejsze niż orgiastyczna noc Kupały na Ukrainie. Święto płodności traktowano dosłownie. Rano znikały ozdoby z drzewa, a słomianego Kupałę topiło się w rzece albo paliło w ognisku. Smutni i zmęczeni ludzie odchodzili do domów, bo na następną taką noc musieli czekać cały rok.

anie, Gazeta w Krakowie z 2001/06/22;
Tomasz Włodkowski, Gazeta Łódzka z 2001/06/22


Więcej o: