Parytety to na razie wewnętrzna sprawa każdego ugrupowania. Będzie tak do chwili, kiedy odpowiednia ustawa nakazująca stosowanie kwot przy układaniu list wyborczych zostanie przyjęta przez
Sejm.
W PO panie zajęły co najmniej 30 proc. miejsc - My wprowadziliśmy parytety na swoich listach jako pierwsi - przy poprzednich wyborach parlamentarnych - przypomina w rozmowie z
TOK FM Agnieszka Kozłowska-Rajewicz z PO. O to, aby jak najwięcej kobiet wystartowało w wyborach, w Platformie zadbano i teraz, w walce o stanowiska w lokalnych samorządach. Ze wstępnych danych wynika, że na zatwierdzonych już przez regiony listach znalazło się średnio od 30 do 40 proc. kobiet i to na dobrych miejscach. A w niektórych okręgach, jak w Poznaniu czy w Gdańsku, udało się zachować przyjętą niedawno na kongresie krajowym partii regułę: paniom udostępniano dwa miejsca w pierwszej piątce. Kozłowska-Rajewicz nie ma wątpliwości, że kandydatki PO startując z takich pozycji i w takiej ilości mają duże szanse, aby zdobyć mandaty radnych. - Bardzo bowiem istotne jest to z jakiej pozycji startuje kandydatka. Przekłada się to bowiem potem na zdobycie mandatu samorządowca. A my właśnie wprowadziliśmy takie wewnętrzne regulacje, które windują panie na bardzo wysokie miejsca na liście - zauważa posłanka PO.
SLD promuje "Kobiety na piątkę" i pełen parytet w Krakowie - My w kwestii promowania kobiet na listach wypadamy lepiej - twierdzą jednak politycy Sojuszu Lewicy Demokratycznej, którzy na sztandary wzięli sobie parytety. Do wyborów idą z Partią Kobiet.
Jak dowiaduje się reporter TOK FM, na zatwierdzonych już przez władze partii listach każda kandydatka w kraju celowo dostała piąte miejsce. W kampanii samorządowej będą się one promowały jako "Kobiety na piątkę". - To pomysł Partii Kobiet - przyznaje Tomasz Kalita, rzecznik prasowy SLD. Panie z Sojuszu zdominowały także jedynki list do sejmików wojewódzkich. - Pełen parytet za to mamy w Krakowie, gdzie połowę miejsc zajmują kobiety, a drugą - mężczyźni. Tak samo mamy podzielone jedynki w tym mieście: w 50 proc. okręgów zajmują je panie - zachwala Kalita.
- Kobiety są potrzebne w polityce. Demokracja bez kobiet to jak połowa demokracji - dodaje. Tymczasem w Platformie panie przyznają, że w kwestii przeznaczonych dla nich minimalnych kwot na listach rzeczywiście mogłoby być lepiej. - Wciąż jest u nas za mało kandydatek na jedynkach - zauważa posłanka Kozłowska-Rajewicz. Nie na każdej liście PO udało się utrzymać choćby 30-procentową kwotę. Gdy na jednej z nich w Wielkopolsce okazało się, że znajduje się na niej tylko jedna pani, regionalne władze dały działaczom z tego okręgu oficjalną reprymendę. - Sukcesem jednak jest to, że kwestia kwot, parytetu obecna była podczas układania list wyborczych. To nie był epizod, ale wśród kryteriów w dobieraniu kandydatów duże znaczenie miała płeć - zauważa posłanka PO.
Więcej kobiet na listach PSL. PiS kobiet nie promują O sukcesie mówią też ludowcy. - Więcej kobiet zaangażowało się w te wybory samorządowe - przyznaje w rozmowie z TOK FM Ewa Kierzkowska, wicemarszałek Sejmu. Zaznacza jednak, że w różnych okręgach jest inaczej. Kobiety na listach PSL stanowią średnio 20-30 proc. - Sugerowaliśmy naszym działaczom, aby paniom dawać jedynki na listach. Wielu się posłuchało. Na przykład w województwie mazowieckim na siedem okręgów do sejmiku aż pięciu listom liderują kobiety - wskazuje Kierzkowska.
Panie są też na listach PiS. Ale partia Jarosława Kaczyńskiego ich nie policzyła, bo też je specjalnie nie promowała. - Nie było żadnych zaleceń czy przywilejów dla kobiet. Są zarządy regionalne partii i to one decydowały, kogo umieścić na liście - wyjaśnia Beata Szydło. Dodaje, że bardziej interesowało ją, aby dać szansę młodym Polakom na start w wyborach samorządowych.
Sama ustawa parytetowa, nad którą w Sejmie pracują posłowie zakłada, że na listach kobiety będą musiały stanowić co najmniej 35 proc. wszystkich kandydatów. Projekt - jak obiecują politycy PO - ma zostać uchwalony jeszcze w tym roku i będzie obowiązywała przy przyszłorocznych wyborach parlamentarnych.