Minus 5. Zakładam szpilki, tiulową sukienkę (a pod spód naprawdę ciepłe rajstopy) i kożuch. Nie dam rady inaczej przejechać rowerem w zimowe popołudnie dwóch kilometrów, na spotkanie w duńskim parlamencie. Mój rozmówca - poseł zajmujący się sprawami alternatywnej społeczności Christianii - wita mnie w cieplejszej koszuli i modnie postrzępionych dżinsach. Też przyjechał rowerem. Bo tu jeżdżą nimi wszyscy - na imprezę w błyszczącej mini i koturnach, na biznesowe spotkanie w lnianych spodniach i swetrze, na wykład w długiej kolorowej spódnicy. W kapeluszu, trampkach, rzymiankach, balowej sukni czy stylowym dresie. Ale w stolicy Danii szerokie ścieżki rowerowe prowadzą wszędzie - są na nich światła, specjalne przejścia i oznakowania. Rowerzyści po prostu rządzą na drodze.
Podobnie jest w Brukseli, tylko styl rowerzystów jest zupełnie inny. Na dwa kółka wskoczyły białe kołnierzyki - bo to ekologicznie i zgodnie z polityką Unii Europejskiej. Rowerowe czarno-białe stroje od Dolce & Gabbana, Massimo czy Tommy'ego Hilfigera łamane są tylko odblaskową opaską przy nogawce spodni od garnituru. Krawaty, dopasowane do spinek od markowych koszul, powiewają na wietrze. Sekretarki unijnych posłów na stylowych holendrach pedałują w białych bluzkach i granatowych obcisłych spódnicach tuż za kolano. Formalny strój podczas jazdy jednośladem nikogo tu nie dziwi.
W Polsce miejski Cycle Chic zagarnęła młodzieżowa alternatywa. Poseł na różowym cruiserze (modny rower stylizowany na motocykl), przemieszczający się spod Sejmu do Pałacu Prezydenckiego, trafiłby na czołówki gazet - zapewne jako dziwoląg. Pewien znajomy bankowiec co rano pomyka do swojego biura w dresie. Kolekcję koszul i garniturów zostawia w pracy. Bo białym kołnierzykom w Polsce niestety wciąż nie wypada. A może po prostu są za mało wyluzowani?
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas:
metro(at)agora.pl