Reputacja polskiego futbolu upadła już tak nisko, że sklasyfikowani na 276. miejscu w rankingu
UEFA rywale byli tydzień temu zaskoczeni i głęboko rozczarowani porażką 0:1. Gruziński trener Kachaber Cchadadze uznał wynik z Baku za niesprawiedliwy, komentatorzy pisali o "przypadku" i "braku szczęścia".
- Byliśmy lepsi. Mieliśmy więcej sytuacji podbramkowych - oceniał Cchadadze. Nie chciał dostrzec krzyczącego braku umiejętności, przez który jego piłkarze psuli niemal każdą akcję.
Bramkarz Interu, także Gruzin Grigorij Lomaia mówił o "braku skuteczności pod bramką" i nie widział żadnej przewagi poznaniaków. - Lech to naprawdę nic wielkiego. Zwykły średniak. Mają jednego piłkarza na europejskim poziomie. Wichniarka, który strzelił nam gola.
Nawet Artura Wichniarka azerscy dziennikarze uznali za nieaktywnego i nieprzydatnego dla Lecha. 33-letni napastnik tylko się uśmiecha. O efektownej asyście Semira Stilicia, dzięki której zdobył efektowną bramkę, mówi, że długo się do niego przygotowywał, obserwując na płytach DVD dostarczonych przez trenera sposób, w jaki Bośniak zagrywa piłkę.
Lomaia uważa, że Inter ma szansę, jeśli w miarę szybko zrobi to, co nie udało się w Baku, czyli strzeli bramkę. - To nasz cel. I jest realny, gdyż u siebie przegraliśmy głupio. Nie ma powodów, by mówić o wielkiej dominacji rywala. Byliśmy równorzędnym przeciwnikiem - uważa.
Poznaniacy poznali pewność siebie Azerów w 2008 r., gdy grali w Pucharze UEFA z Chazarem Lenkoran. Zespół ten rodacy obwołali "Chelsea Kaukazu" - głównie ze względu na pieniądze, których Azerowie mają więcej niż chociażby w sąsiednich Armenii czy Gruzji. To kraj spływający ropą, o czym mówi nawet jego nazwa - "azer" w języku perskim to określenie ognisk, które płonęły od setek lat na wyciekających spod ziemi naftowych bajorach Baku. Tam powstały pierwsze szyby naftowe na świecie, tam angielscy robotnicy uczyli Azerów gry w futbol już 100 lat temu. A dziś wydobywa się 1 mln baryłek dziennie.
Kluby Azerbejdżanu mają budżety porównywalne z polskimi - Inter wydaje w sezonie 8 mln euro (przy 11 mln Lecha), ale są jeszcze bogatsze. Azerowie uważają, że nie ma powodów, by znaczyli w piłce mniej niż Polska. I że powinni grać w Lidze Mistrzów. - Oni naprawdę wierzą w to, że nie są gorsi. Wierzą, że są Chelsea Kaukazu, Arsenalem Kaukazu i innymi wielkimi Kaukazu - mówi wiceprezes poznańskiego klubu Arkadiusz Kasprzak.
Gdy przed dwoma laty Lech grał z Chazarem, azerscy dziennikarze oblegli piłkarzy "Kolejorza" i nie mogli uwierzyć, że ci przyjechali po wygraną. - Gdzie? Tu?! W Baku chcecie wygrać?! Nonsens - chwytali się za głowy. - Teraz też wszyscy byli pewni, że wyeliminują Lecha. Stąd histeria po porażce - mówi trener Jacek Zieliński.
Azerskie apetyty rozbudził dwumecz w eliminacjach LM z 2007 r. Chazar przegrał wtedy z Dinamem Zagrzeb po dogrywce. Od tamtej pory postępu jednak nie ma, azerskie kluby znaczą w Europie jeszcze mniej niż polskie, teraz gruzińskiego trenera atakuje się, że nie patrzy na umiejętności piłkarzy, lecz zagląda w paszporty - w kadrze upchnął już sześciu rodaków.
Lech jest faworytem, ale przed rewanżem zachowuje ostrożność. Pamięta zeszłoroczną wpadkę Wisły Kraków z Levadią Tallinn. - Polityka małych kroczków to nasza filozofia. I cierpliwość - mówi prezes Andrzej Kadziński. - Dlatego o Sparcie Praga się nie wypowiadamy, dopóki nie wyeliminujemy Interu - dodaje trener Zieliński.
Jeśli poznaniacy utrzymają przewagę nad Azerami, w następnej rundzie niemal na pewno zmierzą się z mistrzami Czech. I dopiero po ewentualnym wyeliminowaniu Sparty stoczą decydujące boje o fazę grupową LM. Polacy nie grali w niej od 1996 roku.