Najpierw Krzyżacy, potem poród
Jacka Szymańskiego, grafika komputerowego z Warszawy, w królowanie wrobili koledzy. Razem, jako Bractwo Miecza i Kuszy, od końca lat 80. wcielali się w średniowiecznych rycerzy. - Kiedy w 1998 roku po raz pierwszy spotkaliśmy się pod Grunwaldem, usłyszałem - ty to wymyśliłeś, ty będziesz Jagiełłą - opowiada Szymański.
I jest Jagiełłą do dziś - w tym roku po raz 12. W pełnej zbroi, która waży 20 kg, w hełmie z koroną według wzorów z epoki i królewskim płaszczu 17 lipca stanie na wzgórzu i będzie dowodził bitwą. - Kiedyś kusiło mnie, żeby pogalopować w dół, rzucić się w bitewny chaos. Ale kiedy dziesięć lat temu koń pogalopował, ja spadłem i wylądowałem w szpitalu, przeszło mi - śmieje się Szymański.
Bywać rycerzem zaczynał 20 lat temu w Golubiu-Dobrzyniu, jedynym wtedy miejscu w Polsce, gdzie rozgrywano turnieje rycerskie. - Dziś rekonstrukcjami wydarzeń ze średniowiecza zajmuje się już w Polsce kilka tysięcy ludzi - mówi. Początkujący odtwórca, który chce bez wstydu wyjść na pole bitwy, potrzebuje na strój ok. 2 tys. zł. Ten, kto chce się pokazać, może zapłacić za zbroję 20 tys. Górnego pułapu ceny nie ma. - To jest proces - opowiada Szymański. - Moją zbroję kompletowałem kilka lat.
Na pole bitwy jeździ vanem, w którym mieszczą się stroje z epoki, broń, ławy, stoły, namioty, i stylizowane na średniowieczne miski. Zabiera też żonę, którą poznał - oczywiście - w czasie jednego z turniejów. Prowadzi zespół tańca dawnego, szyje stroje z epoki, ostatnio coraz lepiej, bo dostała od męża upolowany na Amazonie "Poradnik średniowiecznego krawca". - W rocznicę bitwy pod Grunwaldem żona ma wyznaczony termin porodu - opowiada Szymański. - Z pola bitewnego będę więc pędził do niej i do naszej córeczki. Może poczeka z pojawianiem się na świecie, aż tata pokona Krzyżaków.
Szarża pod Somosierrą
Marcin Piontek jest prawnikiem, ma kancelarię na warszawskim Żoliborzu. A w domu - kilka mundurów z okresu wojen napoleońskich. - Pierwszy, adiutanta legii, wymyśliłem sobie na własny ślub dziesięć lat temu. Nie wiedziałem, jak o tym powiedzieć narzeczonej, zwlekałem, aż w końcu Agnieszka sama stwierdziła - no uszyj sobie ten mundur. To dla mnie dowód na kobiecą intuicję - śmieje się Piontek.
Ponieważ Polacy z Napoleonem wędrowali sporo - byli w Egipcie, we Włoszech, w Hiszpanii, w Belgii a także w Rosji - Piontek też ma sporo okazji do podróży. Zaczął je dwa lata temu, przy biurku.
- Siedziałem nad stertą książek i dotarło do mnie, że zbliża się dwusetna rocznica bitwy pod Somosierrą. I lepiej niż na kanapie byłoby ją świętować w hiszpańskim wąwozie. Postanowiłem nauczyć się jeździć konno i ani się obejrzałem, a byłem w Hiszpanii - śmieje się. - Kiedy ze 120 kolegami w polskich mundurach stanęliśmy u podnóża góry, zapanowała głucha cisza. Można było odbyć podróż w czasie. W ciągu dziesięciu lat zdarzyło mi się to trzy, może cztery razy. Cały czas staram się to powtórzyć - opowiada Piontek. Niedawno wrócił spod Waterloo, gdzie Napoleon, a wraz z nim polscy szwoleżerowie, po raz kolejny przegrali bitwę.
Szczęśliwie życie nie składa się z samych bitew. Piontek bierze więc udział w konferencjach naukowych, pisze artykuły o historii, bardzo dużo czyta, spotyka się z innymi pasjonatami (wśród których są konserwator zabytków, psycholog, listonosz, żołnierz zawodowy) i dyskutuje o problemach epoki.
Na razie oddaje się swej pasji sam. - Moje kochanie przygląda mi się życzliwe, może niedługo do mnie dołączy, zwłaszcza że synowie rosną i zaczynają się interesować - kończy prawnik. Synkowi na bal przebierańców sam zamówił kostium. Oczywiście - mundur szwoleżera.
Kobieta też żołnierz
Milena Pruszkowska, absolwentka dziennikarstwa pracująca w firmie księgarskiej, na pierwsze pole bitwy trafiła jako widz z małym jeszcze synkiem. Razem z przyjaciółką obserwowały, jak ich mężowie bronią twierdzy Modlin przed wojskami hitlerowskimi. Panowie należeli do Grupy Rekonstrukcji Historycznej "Kampinos". W końcu Pruszkowska stwierdziła, że ma dość roli widza. - Pamiętam rekonstrukcję bitwy pod Stalingradem. Było chyba z minus trzydzieści stopni, rzęsy nam zamarzały, a nogi same się rwały, żeby pobiec na pole bitwy. I postanowiłyśmy, że my też będziemy walczyć - opowiada Pruszkowska.
Początkowo najbardziej bawiła ją partyzantka, bieganie z karabinem po lesie, wspólne śpiewanie przy ognisku. Potem zagrała w Powstaniu Warszawskim. - Pamiętam, jak defilowaliśmy na Rynek Nowego Miasta, a starsi ludzie łapali nas za ręce. Widziałam łzy w oczach kobiet, które przecież pamiętały tamte wydarzenia, sama też zaczęłam płakać i taka zaryczana dotarłam na Rynek. To były niezwykłe emocje - wspomina. Teraz jednak zaangażowała się w odtworzenie oddziału Ochotniczej Legii Kobiet, założonej we Lwowie w 1918 roku. - Kobiety z tej organizacji walczyły w obronie Lwowa, a później w wojnie z bolszewikami. Kiedy ostatnio podczas rekonstrukcji obrony Lwowa (11 listopada w Nowym Dworze Mazowieckim) wyskoczyłyśmy z dziewczynami w naszych nowych mundurach z karabinem maszynowym i położyłyśmy atakujących, rozległy się brawa. To było niesamowite uczucie - opowiada Pruszkowska
Chce nie tylko przeżyć przygodę, ale przekazać wzruszenia innym. A jeśli uda się też podzielić trochę wiedzą, będzie jeszcze szczęśliwsza. - Tego 11 listopada pogoda była paskudna, lało, a i tak przyszły tłumy. Jestem szczęśliwa, że ludzie się tak interesują historią - kończy.
Mundur z 1918 roku, a raczej jego replika uszyta przez zaprzyjaźnioną panią Marylkę, wisi w jej szafie na honorowym miejscu opakowany w folię. Niedługo znów się przyda, bo pani Milena, podobnie jak pozostali członkowie GRH "Kampinos", będzie grała w "Bitwie warszawskiej 1920" Jerzego Hoffmana, do której zdjęcia trwają pod Warszawą.