Międzypaństwowy Komitet Lotniczy (MAK) w Moskwie ogłosił dziś wstępny raport dotyczący katastrofy polskiego samolotu prezydenckiego pod Smoleńskiem.
Można go przeczytać na stronie MAK MAK ustalił m.in., że w kabinie pilotów znajdowały się dwie postronne osoby. Według źródeł PAP, jedną z nich był gen. Andrzej Błasik. Na czarnych skrzynkach samolotu wychwycono dwa głosy spoza załogi - jeden pozostaje nierozpoznany. Głosy osób spoza załogi w kabinie
Tu-154 czarne skrzynki zarejestrowały na 16-20 minut przed katastrofą. MAK nie ujawnił, do kogo należał zidentyfikowany głos. Źródło w Moskwie, znające kulisy badania okoliczności katastrofy, powiedziało - jak doniósł PAP - że jedną z dwóch osób, których głos zarejestrowała czarna skrzynka, był generał Andrzej Błasik, dowódca sił powietrznych.
Kluczowe znaczenie będzie miało to, co mówił Błasik PAP dowiedziała się też, że drugą z tych osób nie był Mariusz Kazana, dyrektor protokołu dyplomatycznego MSZ. Początkowo sądzono, że to jego głos nagrał rejestrator w kabinie pilotów. Córka dyrektora Kazany, która przyleciała do Moskwy, jednak tego nie potwierdziła. Tożsamość drugiej osoby na razie nie jest znana. Rozmówca PAP określił ją jako "szefa służby bezpieczeństwa". Według informatora, osoba ta była tytułowana "dyrektorem".
Jak powiedział w rozmowie z
TOK FM płk Łukaszewicz, obecność dowódcy w kabinie może odwracać uwagę załogi od parametrów lotu. - Takiej osoby trzeba przecież wysłuchać, zwracać uwagę na to, co mówi - tłumaczy były szef szkolenia. - Zresztą sama świadomość obecności najwyższego przełożonego za plecami jest jak gorący oddech na karku - dodaje.
Zdaniem płk. Łukaszewicza kluczowe znaczenie będzie miało jednak to, co dokładnie mówił wtedy generał Błasik - jeśli oczywiście potwierdzi się wersja, że to jego głos zarejestrowały czarne skrzynki.
Otwarte drzwi w ekstremalnych warunkach Były dowódca szkolenia wojskowych pilotów zwraca też uwagę na inny fakt. Jak podał dziś Międzypaństwowy Komitet Lotniczy, który bada przyczyny katastrofy pod Smoleńskiem, w chwili podejścia do lądowania drzwi do kabiny pilotów były otwarte. - Jest to dla mnie niezrozumiałe. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić wykonywania zejścia do lądowania w trudnych warunkach, w sytuacji, gdy z tyłu dobiegają jakieś głosy z kolejnych pomieszczeń - mówi płk. Łukaszewicz. Tym bardziej, że - jak podkreśla - w dniu katastrofy w Smoleńsku panowały warunki nie "trudne, a ekstremalne".