- Gdy weszłam do obory, byłam przerażona. Przez drzwi wypływał obornik. Krowy były mokre, wychudzone i zaniedbane. Musieliśmy interweniować - przekonuje Katarzyna Kuźmicz z Pogotowia dla Zwierząt. Obraz nędzy i rozpaczy dopełnił widok konia, w niewielkiej i niskiej stajni. - Miała około 170 cm wysokości. Jeżeli mnie było tam trudno się dostać, to jaki komfort przebywania miał tam dwumetrowy koń - mówi Kuźmicz - Dodatkowo z sufitu zwisały gwoździe, koń był poraniony na grzbiecie, miał widoczne blizny.
Władysław Szwak nie zgadza się z zarzutami, które stawia mu Pogotowie i Straż dla Zwierząt. - Koń nie był poraniony, to nieprawda. Był zdrowy, galopujący. Gdybym go wystraszył, tyle by go Ci państwo widzieli - mówi Radiu
TOK FM Szwak.
Ojciec małej Róży przyznaje, że mógł zaniedbać krowy i cielaki: - Człowiek się stara jak może, ale nie zawsze mu na wszystko starcza czasu, musi dbać o rodzinę, zarabiać na nią. Dlatego obora nie zawsze była czysta. Ale zwierzęta nie były głodzone, chyba je jakaś
grypa złapała, czy coś i dlatego tak schudły. Ale nie musieli ich zbierać. Nie pozwoliłbym, żeby padły.
Wolontariusze pogotowia dla zwierząt twierdzą, że rok czekali na poprawę warunków w gospodarstwie Szwaków. - Zdecydowaliśmy się na tak drastyczną interwencję, bo sytuacja osiągnęła poziom, którego już nie można było tolerować - mówi Radiu TOK FM Katarzyna Kuźmicz i przypomina, że już w wakacje ubiegłego roku rodzinie z Błot Wielkich zabrano 17 psów.
- Pan Władysław twierdził, że potrzebuje ich do pilnowania maszyn. Wszystkie były skute, trzymane na łańcuchach. Wśród nich były suczki w ciąży. Istniało więc zagrożenie, że wkrótce psów będzie w gospodarstwie co najmniej 40 - mówi Kuźmicz.
O sytuacji w gospodarstwie Szwaków powiadomiono policję. - Przecież to znęcanie się nad zwierzętami, ze szczególnym okrucieństwem - nie ma wątpliwości Katarzyna Kuźmicz.
Jeśli Szwakowie nie zaczną dbać o pozostałe zwierzęta, to one również zostaną im odebrane - zapowiadają inspektorzy z Pogotowia i Straży dla Zwierząt w Trzciance.