Jak-40 z 36. Pułku Lotnictwa Transportowego obsługującego VIP-ów, z dziennikarzami na pokładzie, wylądował w Smoleńsku ok. godz. 7,20. Jak mówią informatorzy "Rz" oba polskie samoloty miały ze sobą kontakt radiowy. Ich zdaniem załogi rozmawiały ze sobą, gdy prezydencki Tupolew był w powietrzu, a Jak-40 już wylądował na pasie lotniska.
Piloci jaka przekazywali kolegom informacje o pogodzie w Smoleńsku. Mówili, że pogoda z minuty na minutę się pogarsza - twierdzą informatorzy gazety. Szczególnie ostrzegali przed gęstniejącą mgłą. Jeden z pilotów twierdzi, że taka korespondencja jest swoistą procedurą, którą stosują piloci ze specpułku - gdy tylko jest to możliwe, przekazują kolegom ważne dane.
Jak powiedział gazecie jeden z pilotów, prowadzący Tupolewa nie musiał zastosować się do tych ostrzeżeń. - Sam jednak, gdybym usłyszał takie ostrzeżenie, byłbym bardziej ostrożny - dodał. Rozmówca gazety ocenił także, że pilot nie powinien lekceważyć informacji od kolegów, ponieważ piloci 36. pułku znają możliwości obu maszyn - jaka-40 i
Tu-154.
Piloci Tupolewa słyszeli identyczne ostrzeżenia z wieży kontrolnej lotniska w Smoleńsku. Kontakt pomiędzy jakiem i prezydenckim samolotem urwał się na 10 minut przed katastrofą (o 8.46). Załoga jaka nie widziała momentu katastrofy, ale słyszała jak prezydencki samolot runął na ziemię. Piloci jako jedni z pierwszych pojawili się na miejscu tragedii.
Śledczy od razu po wypadku zabezpieczyli zapisy zarejestrowane przez urządzenia w Jaku.
Czytaj więcej na stronach "Rzeczpospolitej"