Lekarz prezydenta, płk Jerzy Smoszna: ".... to niestety nie ja, lecz Wojtek zginął

Lekarzy prezydenckich było tylko trzech. Teraz jest dwóch. Doktor Wojciech Lubiński zginął. - Nie mogłem uwierzyć w tę wiadomość. On tam poleciał za mnie. Wysłałem go na śmierć... - mówi doktor Jerzy Smoszna.
Wojskowy szpital na Szaserów w Warszawie. To tu rezydują prezydenccy lekarze, oficerowie polskiego wojska. Elita. Dyskretna i skuteczna. I tak powinno być, bo lekarz prezydenckiej rodziny jest jak spowiednik. Jeszcze w piątek ta skromna ekipa liczyła trzy osoby.

Szpitalnym korytarzem idę z pułkownikiem, doktorem Jerzym Smoszną, co chwilę ktoś podchodzi do mężczyzny, wita się. Jedna z pań w białym kitlu mocno przytula prezydenckiego lekarza i łamiącym się głosem mówi: - Panie doktorze, myślałam że już Pana nie zobaczę.

Jerzy Smoszna za każdym razem odpowiada tak samo. Smutnym: "żyję".

No i poleciał. Za mnie

Zgadza się na rozmowę, tylko ze względu na "Wojteczka". Tak nazywa przyjaciela, pułkownika, doktora habilitowanego nauk medycznych Wojciecha Lubińskiego, który zamiast niego wsiadł do TU-154 by polecieć do Katynia. - Równo 4 tygodnie temu zadzwonił do mnie kolega z kancelarii prezydenta z prostym pytaniem: "Który z was leci do Katynia?" Odpowiedziałem od razu, że ja, bo to moja kolej...."ale, proszę poczekać, jeszcze porozmawiam z Wojtkiem".

Dla każdego oficera Wojska Polskiego być w tam, w tym miejscu, to zaszczyt.

- A Wojtek bardzo czuł się oficerem. Mówię "Słuchaj, ja byłem dwa lata temu w Katyniu z prezydentem. Może polecisz?"

- No i poleciał. Za mnie.

Pod drzwiami "Wojteczka" na szpitalnym korytarzu ktoś postawił kwiaty. Tabliczkę z nazwiskiem przecina czarna wstążka. Jeszcze rano paliły się tu znicze. Kilka tablic w szpitalu z portretem tragicznie zmarłego pułkownika zawiera wspomnienie kolegów. "Pogrążeni w smutku żegnamy Cię Drogi Wojtku, jako znakomitego lekarza i naukowca, wspaniałego współpracownika, dla wielu z nas - przyjaciela."

Co chwilę ktoś zatrzymuje się przy tablicy, patrzy, czyta, nadal nie dowierza.

Zabezpieczaliśmy prezydenta 24 godziny na dobę. To zaszczyt

- To ja wprowadzałem Wojtka w tę specyficzną funkcję trzy i pół roku temu. Stanowiliśmy uzupełniający się duet. Razem z BOR-em zabezpieczaliśmy prezydenta i jego rodzinę 24 godziny na dobę. To dla nas funkcja zaszczytna, bo obydwaj jesteśmy oficerami, pułkownikami, jednocześnie lekarzami i zarówno dla nas, jak i dla naszego wojskowego szpitala zabezpieczenie zwierzchnika sił zbrojnych to duży zaszczyt. Działamy, gdy pogarsza się zdrowie członków rodziny prezydenta, zawsze zabezpieczamy wyjazdy krajowe i zagraniczne. - mówi płk. dr Jerzy Smoszna.

Wojciecha Lubińskiego wszyscy znali. Był nie tylko lekarzem prezydenta, był też rzecznikiem szpitala. Dobrym człowiekiem, który chętnie pomagał, nigdy nie odmawiał. Wszyscy go lubili. - Teraz można powiedzieć, że stał się nowożytnym bohaterem naszego szpitala. Przystojny, młody mężczyzna. Miał wspaniałą rodzinę, piękną żonę, dwójkę małych dzieci. Niespełna dwuletniego Jasia i sześcioletnią Marysię. Żona do końca nie wierzyła, że to się stało. Bo czasem bywa tak, że decyzja o tym kto leci z prezydentem zapada w ostatniej chwili. Każdemu coś mogło wypaść, często była to kwestia umowy tylko między nami.

- Byłem w grupie, która wraz z generałem, dyrektorem szpitala i psychologiem pojechała do żony Wojtka przekazać wiadomość o śmierci. Byliśmy ubrani w mundury, a to tak ....strojnie wygląda - oficer z najwyższym trudem dobiera słowa. - Kiedy żona Wojtka otworzyła drzwi stał tam też mały Jaś. Zobaczył mundury i zaczął się do nas śmiać.

Nie uwierzyłem w tę wiadomość... Przecież o 8.20 dzwonił do mnie prezydent

Ostatni raz oficerowie spotkali się w piątek, 9 kwietnia, podczas wieczornego obchodu u mamy prezydenta. Po wyjściu od pacjentki, po pożegnaniu się z Lechem i Jarosławem Kaczyńskimi, króciutko porozmawiali. Serdecznie, ciepło. Pułkownik Smoszna widział przyjaciela spełnionego, pełnego energii, optymistycznego.

W sobotę nie uwierzył w wiadomość o tragedii. - Znałem szczegóły wyjazdu. Wiedziałem, że samolot miał wylecieć o 7.00 a lądowanie miało być mniej więcej po godzinie. Około 8.20 zadzwonił do mnie prezydent, pytał o stan mamy. Udzieliłem mu informacji, uspokoiłem go, pan prezydent był pogodny.

- Tuż przed 9.00 zaczęły do mnie spływać informacje, że wydarzyła się tragedia. Instynktownie reagowałem, że to niemożliwe, prezydent żyje, Wojtek żyje. Przecież przed chwilą rozmawiałem z prezydentem, który wylądował w Smoleńsku! Niestety moja kalkulacja okazała się błędna.. Samolot był opóźniony, a prezydent dzwonił z samolotu. Nigdy wcześniej nie dzwonił do mnie z satelitarnego telefonu. To był pierwszy raz.

- Takich postaci jak Wojtek na tym pokładzie miałem kilkadziesiąt i są to tragedie całych rodzin, które znałem. Boję się otwierać gazety, wszędzie nazwiska kolegów. Oficerowie, ochrona pana prezydenta działa bardzo dynamicznie, byliśmy w ciągłym kontakcie bo to jest praca zespołowa. To ogromna tragedia dla naszego narodu, ale pamiętajmy też o osobach, które w sposób dyskretny wypełniały swój obowiązek podczas tego feralnego lotu.

...Przepraszam za ten osobisty akcent

W piątek przed katastrofą, córka doktora Jerzego Smoszny, Maja, wróciła do domu późno, po osiemnastce koleżanki. Jeszcze spała gdy lekarz rano wychodził do pracy, do szpitala. Około 9 w sobotę obudził ją sms od koleżanki. Spadł prezydencki samolot. Maja weszła do pokoju taty. Nie było go, nie było jego rzeczy

- Wpadła w szalony płacz, szloch...że ja tam poleciałem. Czasami nawet rodzina nie wie, że musimy wyjechać, na jeden dzień, na kilka godzin. Kiedy wróciłem po jakimś czasie do domu tak mnie ściskała, że prawie udusiła.... Przepraszam za ten osobisty akcent.



Więcej o: