W środę rada miejska przyjmie Regulamin Konsultacji Społecznych. Oznacza to, że rozmowa władz miasta z mieszkańcami stanie się obowiązkowa. Autorem projektu uchwały jest Krzysztof Piątkowski, wiceprzewodniczący rady miejskiej (PiS). Wpadł na ten pomysł, gdy był świadkiem próby wtargnięcia łodzian na zamknięte zebranie urzędników. - W mieście czuje się potrzebę konsultacji. Mieszkańcy chcą wiedzieć, chcą uczestniczyć, chcą, by ktoś ich wysłuchał - mówi Piątkowski. Dodaje, że urzędnicy boją się konsultacji, bo uważają, że łodzianie będą zawsze przeciw. - Ale tak nie jest! Mieszkańcy chcą powiedzieć o swoich obawach, my też możemy się od łodzian wiele dowiedzieć - mówi radny PiS-u.
Inicjatorami konsultacji mogą być: komisarz, prezydent, wiceprezydenci, przewodniczący rady miejskiej. Może je zwołać pięciu radnych albo grupa, która zbierze tysiąc podpisów. Piątkowski: - Mieszkańcy mogą się zwrócić o konsultację w każdej ważnej sprawie, np. budowania Nowego Centrum Łodzi albo tego, czy ma być w Łodzi Parada Wolności, czy nie. Albo np. sprawa Brusa. Pojawiają się pomysły, że ma tam być tor wyścigowy. Dlaczego mają decydować o tym politycy? Są różne pomysły polityków, ale żaden nie jest rewelacyjny. Dlaczego nie spytać o to łodzian?
W projekcie uchwały zapisano, że mają być obowiązkowo konsultowane: budżet miasta, programy rozwoju miasta (czyli różne strategie) i inne projekty o zasadniczym znaczeniu społecznym lub finansowym.
Prezydent ma obowiązek przygotować konsultacje. Jeśli odmówi, musi uzasadnić, dlaczego. A kiedy dojdzie do konsultacji, prezydent musi później ogłosić wniosek i zadeklarować, czy zamierza postąpić zgodnie z wolą mieszkańców, czy nie.
Pod koniec zeszłego roku agencja PBS DGA zrobiła dla "Gazety" sondaż na temat władz Łodzi. Pytano m.in. o konsultacje społeczne. 80,3 proc. łodzian odpowiedziało, że władze miasta nie konsultują z nimi decyzji, a 13 proc. - że konsultują. 80,9 proc. łodzian nigdy nie brało udziału w konsultacjach społecznych, a 18,8 proc. przyznało, że w nich uczestniczyło.