- Google znów zaskakuje - komentował na antenie Radia TOK FM Adam Kozieł z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. W styczniu firma poinformowała o hakerskim ataku i pośrednio oskarżyła o niego władze chińskie, grożąc wycofaniem się z tamtejszego rynku, a teraz znalazła doskonałe wyjście z sytuacji: Google nie wycofa się z Chin, tylko przekierowuje tamtejszych użytkowników wyszukiwarki na serwery w Hong Kongu, gdzie nie założono filtrów cenzorskich.
Fot. Vincent Thian AP
Przed siedzibą Google'a w Pekinie
- W efekcie nie znika blokowanie stron, ale chińscy internauci już wiedzą, czego Komunistyczna Partia Chin nie chce im pokazać - tłumaczył Kozieł.
W znaczenie tego gestu wątpi Tomasz Grynkiewicz z "Gazety Wyborczej". Jak wskazywał dziennikarz, statystyki pokazują, że tylko około 20% Chińczyków wyszukuje informacji przez Google. Pozostali korzystają ze współpracującej z rządem wyszukiwarki Baidu. - Firma długo wstrzymywała się z wejściem na rynek chiński. Zrobili to bardzo późno, w 2006 roku, godząc się przy tym na cenzurę - przypominał Grynkiewicz. - Potem pojawiały się kolejne żądania władz, zmuszające Google m.in. do zmiany pewnych opcji w wyszukiwarce czy kompletne zamknięcie dostępu do You Tube'a.
"Akcjonariusze są przywiązani do pieniędzy"
- Z zaskoczeniem przyjmuję komentarze aktywistów, którzy obwołują Google bohaterem walki o wolność a wycofanie się z Chin dziejowym momentem - mówił w Komentarzach Radia TOK FM Adam Kozieł.
- Ten konflikt ma przecież drugą płaszczyznę: niechęć międzynarodowych koncernów do funkcjonowania na rynku tak protekcjonistycznym jak chiński - tłumaczył Kozieł. Jednak z drugiej strony od stycznia, gdy Google poszło na tę wojnę z Chinami, akcje firmy tracą na wartości. - Najwyraźniej akcjonariusze bardziej niż do motta Google "nie czynić złego", są przywiązani po prostu do pieniędzy - podsumował Adam Kozieł.