- Wszyscy, którzy byliśmy na pokładzie helikoptera w tym feralnym dniu mamy poczucie satysfakcji, że sprawiedliwości stało się zadość - powiedział Leszek Miller.
Były premier podkreślił, że dzięki wyjątkowym umiejętnościom on i inne osoby, które leciały tego dnia, dziś mogą się razem spotykać, wspominać moment awaryjnego lądowania i cieszyć się, że ocaleli.
Pytany, co sądzi o tak długo ciągnącym procesie, b. premier stwierdził, że wcale nie dziwi się irytacji ppłk Miłosza. - Jeśli dziś zapadłby wyrok skazujący dla pana Miłosza, byłby to koniec jego kariery jako pilota, a latanie jest jego prawdziwą pasją - wyjaśnił.
Miller mówił też, że gdyby "miał wybierać z jakim pilotem mógłby w trudnych warunkach atmosferycznych lecieć helikopterem, to wybrałby pułkownika Miłosza".
Miłosz został oskarżony o nieumyślne spowodowanie wypadku oraz o umyślne sprowadzenie niebezpieczeństwa katastrofy. Miało się tak stać przez to, że nie włączył ręcznego trybu instalacji przeciwoblodzeniowej, choć na trasie śmigłowca występowała temperatura poniżej 5 stopni Celsjusza. W takich warunkach instrukcja zaleca przejście z trybu automatycznego na ręczny. Śmigłowiec Mi-8 z 36. specjalnego pułku lotnictwa transportowego rozbił się 4 grudnia 2003 pod Warszawą.