W zaproszeniach, które będą musieli rozsyłać prezydenci miast, burmistrzowie lub wójtowie znajdzie się informacja o rodzaju wyborów, ich terminie i miejscu komisji wyborczej, gdzie można oddać swój głos. Być może pojawi się także szczegółowa wiadomość o wszystkich startujących w nich kandydatach. Zawiadomienie o wyborach wszędzie będzie wyglądało tak samo. Jego wzór z góry określi Państwowa Komisja Wyborcza.
Niska frekwencja wyborcza? "Może pomogą zaproszenia" - W każdych wyborach mamy bardzo niską frekwencję wyborczą, zresztą jedną z najniższych w Unii Europejskiej. Chcemy to zmienić tak, aby ludzie gremialnie poszli do wyborów. Powinno zależeć na tym każdemu politykowi, niezależnie od opcji, którą reprezentuje, a zaproszenia mogą w tym pomóc - potwierdza w rozmowie z
TOK FM Waldy Dzikowski, wiceprzewodniczący Platformy.
Takie rozwiązanie politycy umieścili już w kodeksie wyborczym, nad którym pracuje w Sejmie nadzwyczajna komisja. Platformie zależy jednak, aby zaproszenia były wysyłane jeszcze przed tegorocznymi wyborami. Dlatego PO rozważa uchwalenie tego pomysłu w parlamencie oddzielnie. To ma pozwolić na sprawniejsze i szybsze jego wejście w życie.
Kosztowne 30 milionów zaproszeń Do Polaków w ten sposób może trafić niemal 30 milionów zaproszeń. Nikt jeszcze nie oszacował, jaki będzie to konkretnie wydatek dla budżetu państwa. - To na pewno będzie kosztowne - przyznaje jedynie Waldy Dzikowski, ale jednocześnie dodaje: - Za lepszą demokrację zawsze warto zapłacić - mówi.
Pomysł krytykuje
PiS, głównie za duże koszty, które może generować. - Przecież o tym, że są wybory wszyscy dowiadują się z mediów. Kolejne przypomnienie nic nie zmieni - twierdzi Andrzej Dera z PiS i dostrzega, że w przypadku wyborów samorządowych zaproszenie może służyć także urzędującemu wójtowi czy burmistrzowi jako ulotka agitująca. - Będę nakłaniał kolegów z Sejmu do odrzucenia tej propozycji - zapowiada poseł PiS.