Wybory 2010. Po debacie: remis ze wskazaniem na Komorowskiego

Monika Margraf
21.03.2010 , aktualizacja: 21.03.2010 19:30
A A A Drukuj
Debata Sikorski-Komorowski w BUW-ie Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta Debata Sikorski-Komorowski w BUW-ie
Debata między Bronisławem Komorowskim a Radosławem Sikorskim pokazała przede wszystkim, jak podobni są w stylu uprawiania polityki - a właśnie zmiany stylu najbardziej oczekują Polacy od przyszłego prezydenta. Podkreśliła różnice, które i tak już znamy. Merytorycznie nie wniosła wiele nowego, co jest zasługą przede wszystkim dobierających pytania: były bardzo sztampowe, a momentami infantylne.
Sikorski i Komorowski witają się przed debatą w BUWie
Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta
Sikorski i Komorowski witają się przed debatą w BUWie
Bronisław Komorowski jest za finansowaniem in vitro z budżetu, ale nie dla wszystkich
Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta
Bronisław Komorowski jest za finansowaniem in vitro z budżetu, ale nie dla wszystkich
Joanna Mucha, marzec 2010
Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta
Joanna Mucha, marzec 2010
SONDAŻ
Sikorski czy Komorowski? Kto wypadł lepiej?

Radosław Sikorski
Bronisław Komorowski
Obaj wypadli źle
Obaj zaprezentowali się równie dobrze
Nie wiem, było nudno



Debata nie pokazała - jak przekonywał sam Komorowski i niektórzy relacjonujący - podziału na model prezydentury krajowej (Komorowski) i zagranicznej (Sikorski) - czytaj relację minuta po minucie z debaty.

Już na samym początku, w słowie wstępnym kandydatów, widać było inny podział: szef MSZ chciał pokazać Polakom, iż dobry prezydent to przede wszystkim taki, który wzmocni pozycję Polski za granicą. A marszałek - że to polityk dojrzały, który nie dzieli, a stara się znaleźć złoty środek między różnymi celami i racjami różnych grup, także - między celami polityki krajowej i zagranicznej. Wyraźnie widać też było drugi podział chętnie podkreślany przez Sikorskiego, ale ze szkodą dla niego: na młodego, ambitnego i nieco niecierpliwego dyplomatę oraz dojrzałego, spełnionego już i bardziej zachowawczego lidera partyjnego.

Prawie jak Martin Luther King. Prawie...

Obydwaj kandydaci wypadli poprawnie jako mówcy. Sikorski minimalnie gorzej: częściej czytał z kartki, nieco mniej stabilnie modulował też głos. Na początku umiejętnie (prawie jak Martin Luther King) podkreślił to, co łączy go z Komorowskim - "wspólne marzenie" o wolnej Polsce, które mieli przed 1989.

- W XXI wieku to marzenie nie wystarcza - mówił sugerując, że to on może pomóc Polsce osiągnąć obecnej cele: silną pozycję w Europie i na świecie coraz większy udział w decyzjach UE. - Moja prezydentura zmusi Europę do spojrzenia na nas innymi oczyma, pokaże naszą energię - mówił Sikorski. Wyuczony, czytający z kartki.

Komorowski swobodnie nawiązał do wypowiedzi poprzednika, który starał się już na początku zarysować podział stary-młody. Podkreślił, że mieli wspólne marzenia, co oznacza, że są z jednego pokolenia, a podział prezydentury na krajową i zagraniczną to błąd: - Pachnie to spółką eksport-import, a nie - nowoczesną wizją państwa.

Komorowski - w odróżnieniu od pozującego na nowoczesnego Sikorskiego - pokazał siebie jako człowieka kompromisu, dla którego prezydentura to budowanie porozumienia, równowagi między różnymi racjami, celami polityki wewnętrznej i zagranicznej, a także obrona swobód obywatelskich.

Pozwolił też sobie na lekki pstryczek w nos konkurenta: - Droga na najwyższego urzędu w państwie powinna prowadzić przez dokonania, nie - ambicje.

Kaczyński=kompromitacja, prawybory=sukces. Tu zgoda

Obydwaj kandydaci podkreślali różnice między sobą głównie przy okazji dodatkowych uwag, drobnych przytyków czy nawet złośliwości wygłaszanych w odpowiedzi na poprzednią wypowiedź przeciwnika, ale często poza głównym nurtem rozmowy.

A w głównym nurcie - jeśli nie przypochlebiali się sobie - to przynajmniej gładko podkreślali to, co ich łączy przede wszystkim w sposobie uprawiania polityki: "prawybory to sukces PO", do którego oni sami się przyczyniają ("Debata, o którą dla was zabiegałem" - Sikorski), obecny prezydent sprawuje urząd w złym stylu - za dużo wetuje, "kompromituje Polskę" ("wojna o krzesła" - Komorowski), a nasza przyszłość to Europa.

Pierwsza różnica pojawiła się przy pytaniu o kohabitację z rządem - obaj zgodzili się, co prawda, że politykę europejską kształtuje rząd, ale... - Nigdy nie wezmę udziału w walce o krzesła i samoloty, bo to kompromitacja - powiedział Komorowski, podkreślając, że prezydent współdziała z rządem w zakresie polityki zagranicznej. Nie zgodził się z wieloma medialnymi wypowiedziami Sikorskiego, podkreślając, że to nie prezydent ma kształtować politykę zagraniczną.

Szef MSZ z kolei powtarzał, że jako prezydent chciałby być aktywny w kształtowaniu polityki zagranicznej (mówił nawet o utworzeniu przy prezydencie specjalnego ciała, które określałoby jej cele na wiele lat do przodu) - a to jest sprzeczne z planami Donalda Tuska, który chciałby prezydenta realizującego plany rządu. Komorowski wykorzystał to dziś, choć delikatnie i w sposób być może niezauważalny dla telewidza.

Przytyki ministra i kontry marszałka

Sikorski natomiast sprytnie nie odniósł się bezpośrednio do "kształtowania", podkreślił tylko: - Prezydent reprezentuje Polskę przed całym świtem, a to reprezentowanie wymaga pewnych kwalifikacji - sugerując, który z kandydatów je posiada, a który nie.

Merytorycznie odnosząc się do pytania dodał tylko, że jako prezydent będzie chciał jeździć na szczyty ONZ i NATO, a sprawy europejskie pozostawi rządowi.

To, że ma lepsze niż Komorowski umiejętności w reprezentowaniu Polski za granicą, podkreślił raz jeszcze, gdy padło pytanie internauty o cel pierwszej wizyty zagranicznej. Komorowski: - Przyszłość Polski to UE. Więc albo Bruksela, albo Wilno, jako przypomnienie naszej polskiej roli w budowaniu Europy pozbawionej granic.

Sikorski: - Ja do Wilna bym pojechał, jak tylko Litwa zatwierdzi prawo o oryginalnej pisowni nazwisk. Do Brukseli warto pojechać. I zadajmy sobie pytanie, jak nawiązać bezpośredni kontakt z tamtymi politykami i kogo powinniśmy tam wysłać, by z Nicolasem Sarkozym lub Angelą Merkel w bezpośredniej rozmowie lub w kuluarach bronił polskich racji.

- Chciałem pana ministra uspokoić: ja z panem van Roympuyem nawiązałem już kontakt dawno temu, bo był przewodniczącym parlamentu - odciął się Komorowski. To on częściej niż Sikorski bezpośrednio odpowiadał na uwagi przeciwnika, co nieco ożywiało tę uładzoną i pełną oczywistych pytań debatę. Pokazywało też, że Komorowski czuje się w debacie swobodniej, ma dobry refleks i bardziej stara się nawiązać dyskusję - w czym w ogóle nie pomagali prowadzący, którzy jedynie lepiej (Joanna Mucha) lub gorzej (Sławomir Nowak) wygłaszali pytania.

Nieszczęsne in vitro, czyli w czym kandydaci różnią się najbardziej

Krótka dyskusja nawiązała się też między kandydatami przy pytaniu o aborcję i in vitro. Komorowski: - Mam ugruntowane poglądy, ale prezydent musi reprezentować opinię społeczną. (...) Jestem przeciw karze śmierci, eutanazji i aborcji, choć obecne rozwiązanie uważam za znakomity kompromis i będę go bronił. Za testamentem życia i in vitro. Wiele młodych par w Polsce nie może doczekać się dziecka. Bezdusznością byłoby skazywanie tych ludzi na brak nadziei.

Sikorski zacytował - jak twierdzi - Władysława IV: - "Nie jestem królem sumień waszych", tu liderzy nie powinni narzucać dyscypliny - uważa. Powiedział, co prawda, że jest przeciw karze śmierci, ale "trudno byłoby zarzucać" państwu polskiemu, że źle zrobiło skazując na śmierć komendanta obozu Auschwitz (Rudolfa Hoessa - przyp. mar) czy też oczekiwać, że Amerykanie nie skażą na śmierć Osamy bin Ladena, jeśli go złapią. Sprytny zabieg retoryczny - pod publiczkę i zgodnie z przekonaniami tzw. szarego Polaka.

Kandydaci pokazali też, że różnią się ws. in vitro - co już wiemy: Sikorski - jak Gowin - nie chce finansowania zabiegów z budżetu, Komorowski jest za finansowaniem przez państwo. - To inwestycja dla państwa. Ale cieszę się, że pan minister odróżnił się od Jarosława Gowina - zauważył złośliwie marszałek.

Sikorski odwdzięczył się przy odpowiedzi na pytanie o kandydata na szefa Kancelarii po ewentualnej wygranej w wyborach. - Mogę powiedzieć, kto nie będzie szefem mojej kancelarii. Nie będzie Janusz Palikot - powiedział Sikorski z uśmiechem.

- Na pewno nie będzie szefem kancelarii Roman Giertych. Na sto procent. Gwarantuję - z uśmiechem odwdzięczył się Komorowski sugerując, że Giertych, Gowin, Sikorski...

Komorowski nieco lepiej

Obydwaj zgodzili się co do tego, że trzeba obciąć wydatki Kancelarii Prezydenta i że obecny prezydent wydaje za dużo na obstawę, etaty itp. Zgodzili się też, że za dużo wetuje i że "samo weto jest w Polsce zbyt silne" i że upadły przez nie dobre ustawy. - Chciałbym nic nie wetować - powiedział Sikorski.

- Zaproponowałem, by podstawą dyskusji nad zmianą konstytucji był projekt byłych szefów TK, których nie można posądzić o szaleństwo. Szaleństwa w polityce zdarzają się zwłaszcza przed wyborami - stwierdził Komorowski.

Rację miała Hanna Gronkiewicz-Waltz zapowiadając, że kandydaci PO w prawyborczej kampanii do oczu skakać sobie nie będą, jak Obama i Clinton. Debata była więc - jak na amerykańskie standardy - słaba, ale może to i dobrze. Zrażeni do polityki Polacy mogą dzięki temu docenić instytucję prawyborów, jako coś nie tylko jako przejaw nowoczesności i demokratyzacji polskich partii, ale ucywilizowania naszej sceny politycznej.

Sama debata wypadła bardzo poprawnie, pytania dobrane były bardziej niż poprawnie. Z tych nadesłanych przez internautów wybrano chyba najbardziej infantylne (z ostentacyjnym podkreśleniem nicków Anki i Kaczorka). Telewidz nie dowiedział się nic np. o tym, co i czy coś w ogóle Radosław Sikorski sądzi o problemach służby zdrowia, zadłużeniu, ubezpieczeniach społecznych. A w końcu nie samą Brukselą prezydent żyje.

Lepiej, choć nieznacznie lepiej, wypadł Komorowski. Właśnie dlatego, że już w swoim kilkuminutowym wystąpieniu wstępnym nie zajął się tylko Brukselą. Nie skupiał się też na własnym wizjach i ambicjach, podkreślając, że prezydent powinien przynajmniej próbować być prezydentem wszystkich Polaków - nie tylko tych nowoczesnych - i godzić różne racje i interesy. Nieco lepiej radził też sobie retorycznie i - niespodziewanie - wypadł swobodniej niż szef MSZ.

Sikorski z kolei dobrze maskował swoje słabe strony, a podkreślał mocne - unikał mówienia "kształtowaniu" polityki zagranicznej, sprytnie pominął temat aborcji, starał się też pokazać, że jest bardziej obyty w dyplomacji niż konkurent. Zaliczył kilka celnych strzałów, a to odbiorcy zapamiętują niekiedy lepiej niż pozytywne ogólne wrażenie.

Bronisław Komorowski kontra Radek Sikorski - zobacz cała debatę!


Zobacz więcej na temat:

Podziel się