Nieszczęsne in vitro, czyli w czym kandydaci różnią się najbardziej Krótka dyskusja nawiązała się też między kandydatami przy pytaniu o aborcję i in vitro. Komorowski: - Mam ugruntowane poglądy, ale prezydent musi reprezentować opinię społeczną. (...) Jestem przeciw karze śmierci, eutanazji i aborcji, choć obecne rozwiązanie uważam za znakomity kompromis i będę go bronił. Za testamentem życia i in vitro. Wiele młodych par w Polsce nie może doczekać się dziecka. Bezdusznością byłoby skazywanie tych ludzi na brak nadziei.
Sikorski zacytował - jak twierdzi - Władysława IV: - "Nie jestem królem sumień waszych", tu liderzy nie powinni narzucać dyscypliny - uważa. Powiedział, co prawda, że jest przeciw karze śmierci, ale "trudno byłoby zarzucać" państwu polskiemu, że źle zrobiło skazując na śmierć komendanta obozu Auschwitz (Rudolfa Hoessa - przyp. mar) czy też oczekiwać, że Amerykanie nie skażą na śmierć Osamy bin Ladena, jeśli go złapią. Sprytny zabieg retoryczny - pod publiczkę i zgodnie z przekonaniami tzw. szarego Polaka.
Kandydaci pokazali też, że różnią się ws. in vitro - co już wiemy: Sikorski - jak Gowin - nie chce finansowania zabiegów z budżetu, Komorowski jest za finansowaniem przez państwo. - To inwestycja dla państwa. Ale cieszę się, że pan minister odróżnił się od Jarosława Gowina - zauważył złośliwie marszałek.
Sikorski odwdzięczył się przy odpowiedzi na pytanie o kandydata na szefa Kancelarii po ewentualnej wygranej w wyborach. - Mogę powiedzieć, kto nie będzie szefem mojej kancelarii. Nie będzie Janusz Palikot - powiedział Sikorski z uśmiechem.
- Na pewno nie będzie szefem kancelarii Roman Giertych. Na sto procent. Gwarantuję - z uśmiechem odwdzięczył się Komorowski sugerując, że Giertych, Gowin, Sikorski...
Komorowski nieco lepiej Obydwaj zgodzili się co do tego, że trzeba obciąć wydatki Kancelarii Prezydenta i że obecny prezydent wydaje za dużo na obstawę, etaty itp. Zgodzili się też, że za dużo wetuje i że "samo weto jest w Polsce zbyt silne" i że upadły przez nie dobre ustawy. - Chciałbym nic nie wetować - powiedział Sikorski.
- Zaproponowałem, by podstawą dyskusji nad zmianą konstytucji był projekt byłych szefów TK, których nie można posądzić o szaleństwo. Szaleństwa w polityce zdarzają się zwłaszcza przed wyborami - stwierdził Komorowski.
Rację miała Hanna Gronkiewicz-Waltz zapowiadając, że kandydaci PO w prawyborczej kampanii do oczu skakać sobie nie będą, jak Obama i Clinton. Debata była więc - jak na amerykańskie standardy - słaba, ale może to i dobrze. Zrażeni do polityki Polacy mogą dzięki temu docenić instytucję prawyborów, jako coś nie tylko jako przejaw nowoczesności i demokratyzacji polskich partii, ale ucywilizowania naszej sceny politycznej.
Sama debata wypadła bardzo poprawnie, pytania dobrane były bardziej niż poprawnie. Z tych nadesłanych przez internautów wybrano chyba najbardziej infantylne (z ostentacyjnym podkreśleniem nicków Anki i Kaczorka). Telewidz nie dowiedział się nic np. o tym, co i czy coś w ogóle
Radosław Sikorski sądzi o problemach służby zdrowia, zadłużeniu, ubezpieczeniach społecznych. A w końcu nie samą Brukselą prezydent żyje.
Lepiej, choć nieznacznie lepiej, wypadł Komorowski. Właśnie dlatego, że już w swoim kilkuminutowym wystąpieniu wstępnym nie zajął się tylko Brukselą. Nie skupiał się też na własnym wizjach i ambicjach, podkreślając, że prezydent powinien przynajmniej próbować być prezydentem wszystkich Polaków - nie tylko tych nowoczesnych - i godzić różne racje i interesy. Nieco lepiej radził też sobie retorycznie i - niespodziewanie - wypadł swobodniej niż szef MSZ.
Sikorski z kolei dobrze maskował swoje słabe strony, a podkreślał mocne - unikał mówienia "kształtowaniu" polityki zagranicznej, sprytnie pominął temat aborcji, starał się też pokazać, że jest bardziej obyty w dyplomacji niż konkurent. Zaliczył kilka celnych strzałów, a to odbiorcy zapamiętują niekiedy lepiej niż pozytywne ogólne wrażenie.