Jak jest dla mnie synonimem nieudacznego polskiego kopacza bez ambicji Maciej Iwański, tak pozostają moją obsesją rzuty rożne i wolne bite przez okolicznych ligowców. Umiem usprawiedliwić u nich niemal wszystko, każdy wytwór wyjącego sportowego niedołęstwa, sam do znudzenia powtarzam, że wskutek niezależnych od nich okoliczności muszą wyrastać na techniczne, taktyczne, mentalne i fizyczne kaleki. Ale byle jakiego kopania znieruchomiałej piłki pojąć i wybaczyć nie umiem. Tłuc w nią możesz na własną rękę i wszędzie, nawet przy trzepaku, a jak będziesz tłukł do upadłego, to nawet przy wrodzonym beztalenciu przyzwoitą sprawność nabyć musisz. Leży to w końcu i czeka bez ruchu, nie podskakuje ani wrednie nie wiruje, nikt nie wtarabania ci się w kulasy wślizgiem, nikt nie przeszkadza, nikt nie popędza. Kopnięcie to jest w futbolu czynność elementarna, płacą ci, byś ją ćwiczył codziennie, przed treningiem, na nim i po, ty właściwie w życiu nie masz innych zadań, masz umieć kopnąć, a jak nie umiesz, to jesteś tyle wart, co barman, który nie umie nalać ci browara, albo kioskarz, który nie umie podać ci odpowiednich szlugów.
Patrzyłem na Iwańskiego rożne oraz wolne. Jeden, drugi, trzeci. To naprawdę niepojęte - specjalista od kopnięć ponoć u nas ponadprzeciętny nie tyle nie trafia w głowy kumpli, on nie umie nawet piłki podnieść z murawy, każda idzie gdzieś na wysokości podbrzusza albo kolan, strzelić nią gola dałoby się tylko po uprzednim kucnięciu, no, chyba że Iwańskiemu wyjdzie akurat najlepsze zagranie meczu, że Iwański przeżywa akurat półsekundowy szczyt formy, wtedy dofruwa piłka na skrawek pola karnego, a tam wybija ją głową obrońca, lekko tylko schylony. Słowo daję, nie przesadzam, nie folguję sobie na publicystycznym haju, to naprawdę tak wygląda, sami sobie, niedowiarkowie, odpalcie powtórki i jak ja się w Iwańskiego stąpanie powgapiajcie, wświdrujcie się w jego dotknięcia, posłuchajcie, jak ta piłka jęczy, spróbujcie sami nie zaskomleć.
Iwański to szczegół, w planie ogólnym jest jeszcze marniej, nie chce mi się tego rzężenia nawet opisywać, powiem tylko, że o ile Iwański mnie nie rozczarowuje - on po prostu gra swoje - o tyle Urban z Trzeciakiem rozczarowują mnie głęboko. Fetowałem znikanie z ligi najbardziej doświadczonych przedstawicieli polskiej myśli szkoleniowej, sporo sobie obiecywałem po trenerach zapłodnionych w Hiszpanii, w legijnym duecie chciałem widzieć rozgarniętych chłopów i szansę na lepsze jutro, a widzę zwyczajną polską beznadzieję, widzę, że drużyna Urbana nie robi żadnych postępów i nawet fizycznie nie umie Odry zadusić, że Urban z Trzeciakiem zamiast prowadzić politykę transferową, prowadzą transferową szamotaninę, ich ruchy nie łączą się w żadną sensowną całość, zdemaskowali się przecież sami, kiedy trzy minuty przed wznowieniem rozgrywek wyjęli milion na defensywnego pomocnika, którego na szczęście - jak przypuszczam, na szczęście - nie udało im się zmarnować. Znaczy tego miliona.
W tzw. ekstraklasie tylko Urban i Skorża z Wisły utrzymują posadę w trzecim kolejnym sezonie, za co ich pracodawców sławiliśmy, wyrzucając innym, że zwalniając trenerów w każdy świątek, nie pozwalają ocenić, ile zwalniani są warci. Urbana ze Skorżą oceniać już wolno, ale nawet przy krańcowym wysiłku woli nie sposób wynaleźć powodów, by ich pochwalić. Ich drużyny się nie rozwijają, już jesienią w koszmarnym stylu wygrywały, teraz w koszmarnym stylu przegrywają, Wisła znów wystartowała - tak jak latem - poniżej krytyki, znów nie umiał jej Skorża przygotować, a Legię trzyma w pionie jeden Mucha, jej człapanina każe pytać, co się z tą drużyną stanie, jeśli warszawianie pewnego dnia nie trafią z bramkarzem. Słowo daję, gdybym miał decydować spontanicznie, tuż po meczu, to bym naszego duetu eksportowego do europejskich pucharów zwyczajnie nie dopuścił.