- Doszło do mocnej wymiany zdań. Postępowanie i zachowanie posła - jak napisali funkcjonariusze w służbowej notatce - było nieodpowiednie, biorąc pod uwagę zajmowaną funkcję - mówi rzeczniczka stołecznej straży miejskiej Monika Niżniak. Według tego, co nieoficjalnie usłyszeliśmy w stołecznej straży, Iwiński miał - podczas ostrej kłótni - grozić strażnikom, że zwolni z pracy.
Iwiński potwierdza, że doszło do rozmowy ze strażnikami, jednak jego wersja wydarzeń nie jest tak mocna. Zapytany o to, czy rozmowa z funkcjonariuszami była kulturalna, Iwiński mówi:
- Porozmawiałem z panami. Uścisnąłem dłonie. To była kulturalna rozmowa - opowiadał Iwiński. Przyznał, że momentami rozmowa była prowadzona "z obu stron lekko podniesionym głosem".
W rozmowie z
TOK FM poseł
SLD przyznał, że w niedzielę zaparkował
samochód w centrum Warszawy i poszedł na Manifę. Po tym, jak się skończyła wrócił do swojego wozu i zobaczył, że jest on na lawecie. Okazało się, że poseł nie zauważył znaku zakazu. Doszło do rozmowy ze strażnikami. Jeden z nich miał go rozpoznać. Powiedział, że nie może posła ukarać mandatem, ale Iwiński powinien zapłacić 388 złotych za odholowanie samochodu. Poseł Sojuszu Lewicy Demokratycznej nie chciał się na to zgodzić. Twierdzi, że samochód jeszcze nigdzie nie pojechał. - Wsiadłem, nie zapłaciłem. Powiedziałem, że jeżeli panowie uważacie, że mam zapłacić... Macie moje dane - relacjonował TOK FM Iwiński. Twierdzi, że w takich sytuacjach "trzeba podchodzić do sprawy elastycznie". Podkreślił, że ma wiele uwag krytycznych do pracy Straży Miejskiej.
Tak, czy inaczej, sprawa ma trafić do marszałka Komorowskiego. Na podstawie zeznań dwóch mundurowych straż sporządzi notatkę, która trafi do marszałka Sejmu. Sprawa może też trafić do sejmowej komisji etyki, która mogłaby posła lewicy ukarać za jego zachowanie.