Historia 11-letniego Sebastiana odebranego rodzicom Wiele wskazuje na to, że wielokrotnie zostały złamane podstawowe prawa tej rodziny. Wszystkie służby zaangażowane w proces "pomagania" rodzinie Sebastiana, zawiodły na całej linii.
Po pierwsze: pracownicy socjalni. Panie pomocowe przychodziły do tego domu często, bo rodzina była pod opieką MOPS-u. Pouczały mamę, że ma umyć czajnik elektryczny i pytały jak w ogóle można żyć w takim bałaganie? Nakazywały sprzątać i być bardziej pracowitą. Zobaczyły, że "(...) sytuacja w rodzinie uległa pogorszeniu, bo w dalszym ciągu zamieszkują w domu, którego stan techniczny jest wysoce niezadowalający". Zobaczyły ubóstwo, brud i to, że nie ma łazienki. Nie udało im się zobaczyć miłości i więzi, które w tej rodzinie - pomimo problemów z jakimi się borykała, były prawidłowe i silne.
Pomoc społeczna powinna udzielić rodzinie pomocy w formie (Art. 70 ustawy o pomocy społecznej): poradnictwa rodzinnego, terapii rodzinnej rozumianej jako działania mające przywrócić rodzinie zdolność do wypełniania jej zadań. Rodzina ma otrzymać wsparcie, w szczególności poprzez działania specjalisty przygotowanego do pracy z rodziną w środowisku lokalnym lub z pomocą placówek opiekuńczo-wychowawczych wsparcia dziennego.
Pomoc nie polega na pouczaniu, jak być powinno, ale przede wszystkim pokazaniu jak to zrobić, jak doprowadzić do wyjścia rodziny z kryzysu. Nie chodzi o przerzucenie tego trudu na barki rodziny. Ci sami pracownicy w jednym zdaniu stwierdzają, że rodzina jest niewydolna, a dalej oczekują by działała jak rodzina dobrze funkcjonująca.
Po drugie: kurator sądowa. Odwiedziła rodzinę tylko jeden raz.
Nie wiemy jak wnikliwy był wywiad przeprowadzony przez kuratorkę, bo skutecznie unika rozmowy z naszą dziennikarką. W uzasadnieniu "wyroku" czytamy : "W wywiadzie środowiskowym przeprowadzonym przez kuratora sądowego podano również, iż uczestniczka nie stosuje się do żadnych zaleceń kuratora sadowego, jak i pracowników socjalnych, nie interesując się sytuacją syna, nie zaspokaja podstawowych potrzeb, takich jak przygotowywanie posiłków, utrzymywanie porządku w domu czy pomocy w lekcjach (...).
Sebastian to najlepszy uczeń w klasie, nie sprawiający żadnych problemów wychowawczych, nad wiek dojrzały. Sąsiedzi, nauczyciele, nawet personel domu dziecka do którego chłopak trafił są zszokowani tą decyzją. Wszyscy twierdzą, że z Sebastianem jest wszystko w porządku. Ale kurator wie lepiej.
Po trzecie: sąd. Rozprawa odbywa się bez wiedzy i udziału rodziców, którzy do końca nie są świadomi, że przed sądem "rodzinnym" toczy się jakieś postępowanie. W sądzie nie ma nikogo, kto reprezentowałby prawa tej rodziny.
O wyroku mama dowiaduje się w dniu gdy pukają do jej drzwi pracownicy socjalni i chcą zabrać syna do bidula. Nie ma go? Zabierają więc z lekcji.
Tata dowiaduje się w szpitalu, że nie ma już dziecka. Bo jest kaleką. W kuriozalnym uzasadnieniu decyzji o umieszczeniu dziecka w domu dziecka czytamy "Choć wymieniony (tata Sebastiana) nie nadużywa alkoholu (...) , to ze względu na amputację kończyny dolnej oraz związane z tym kalectwo nie jest w stanie zapewnić małoletniemu właściwych dla potrzeb dziecka warunków mieszkaniowych."
Kalectwo ojca, które było dodatkowym nieszczęściem tej rodziny zostało wykorzystane przeciwko niej. To sprawa dla organizacji broniących praw człowieka.
Nieprofesjonalnie, bezrefleksyjnie, bez serca, z naruszeniem etyki zawodowej i podstawowych ludzkich praw. Tak zadziałały służby które mają chronić i pomagać. Rodzice Sebastiana zostali ukarani za ubóstwo, chorobę i niepełnosprawność. Dziecko trafiło do bidula - w środowisko, w którym toczy się drugie życie, gdzie wychowawców jest zwykle za mało by dziecko przed tym ochronić lub zapewnić prawdziwe więzi, które Sebastian przecież ma w swojej biologicznej rodzinie.
Kompletnym absurdem jest koszt tej operacji. Utrzymanie dziecka w placówce kosztuje nas, podatników około 4000 złotych miesięcznie. Za tę sumę można by zapewnić tej rodzinie sztab specjalistów, którzy regularnie pomagaliby mamie w jej problemach socjalnych, ojcu w rehabilitacji i powrocie do normalnej aktywności. O takich banałach jak remont łazienki nie wspominając.
Dodatkowym dramatem jest to, że umieszczenie dziecka w bidulu to operacja błyskawiczna, a wyciągnięcie go stamtąd będzie trwało miesiącami. Każdy kolejny dzień Sebastiana w domu dziecka to większe ryzyko, że chłopak wyjdzie stamtąd z nieodwracalnymi szkodami. Zaburzone zostało poczucie bezpieczeństwa rodziny i dziecka. Długo albo nieodwracalnie tego bezpieczeństwa nie odzyska. Bez poczucia bezpieczeństwa nie można funkcjonować, działać pracować, uczyć się itd. Słabnie motywacja dziecka do starania się: po co mam się uczyć, trudzić skoro ktoś w każdej chwili może mi to zabrać? To najważniejsze nie mówiąc już o takim drobiazgu jak zaufanie do ludzi, którzy mają pomagać, a zamiast tego represjonują.