Działacze Związku Polaków już na wolności. "To nie koniec. Będziemy działać dalej"

tan, mm, PAP, IAR, TOK FM
20.02.2010 , aktualizacja: 20.02.2010 10:47
A A A Drukuj
Szef Rady Naczelnej Związku Polaków na Białorusi Andrzej Poczobut, wiceszef Mieczysław Jaśkiewicz i rzecznik ZPB Igor Bancer zostali zwolnieni z aresztu. Wszyscy trzej odbywali kary pięciu dni pozbawienia wolności za udział w nielegalnym wiecu przed Domem Polskim. - To na pewno nie koniec. Zamierzamy działać dalej - mówi Poczobut.
Działacze zdelegalizowanego przez białoruski reżim Związku Polaków przed zarekwirowanym Domem Polskim w Grodnie.
Fot. Aleksej Salej
Działacze zdelegalizowanego przez białoruski reżim Związku Polaków przed zarekwirowanym Domem Polskim w Grodnie.
- To na pewno nie koniec. Związek Polaków jest nieuznawany, Domy Polskie są w rękach białoruskich władz - mówi w rozmowie z TOK FM Andrzej Poczobut. Jak dodaje, wciąż wszyscy członkowie związku liczą się z tym, że w każdej chwili może dojść do kolejnych zatrzymań. - Na Białorusi strach jest codziennością. W odróżnieniu do innych obywateli, my ten strach przełamaliśmy. Nie zważając na te komplikacje zamierzamy dalej działać, bronić razem swoich praw - zapewnia.

- Mam nadzieję, że inni obywatele Białorusi też ten strach przełamią. Wtedy Białoruś będzie wolnym państwem - dodaje.

Polacy zwolnieni z samego rana

- Zostaliśmy zwolnieni przed godziną 6 (czasu białoruskiego, czyli 5 czasu polskiego). Wróciliśmy wszyscy do domów. Zwolniono nas na kilka godzin przed terminem. Podjechali nasi przyjaciele, członkowie Związku Polaków. Teraz jestem w domu z rodziną - powiedział Poczobut.

Trzej działacze zostali zatrzymani w poniedziałek, gdy jechali do Wołożyna na rozprawę w sprawie Domu Polskiego w Iwieńcu, który władze białoruskie przekazały lojalnemu wobec Mińska kierownictwu ZPB ze Stanisławem Siemaszką na czele.

10 lutego ponad 300 osób wzięło udział w Grodnie w wiecu w obronie Domu Polskiego w Iwieńcu, dwa dni wcześniej zajętego siłą przez białoruską milicję. Dotąd budynek pozostawał w rękach działaczy ZPB, którzy za szefową organizacji uznają Andżelikę Borys. Władze białoruskie uważają, że legalne jest kierownictwo ZPB, na którego czele stoi Stanisław Siemaszko.

"Oskarżono nas prawie o ludobójstwo"

Tymczasem Białoruś wciąż broni decyzji o zatrzymaniach, Ambasador Białorusi w Polsce Wiktar Gajsionak napisał oświadczenie, w którym wyraził oburzenie z powodu - ajk to określił - prawie bezprecedensowej presji, graniczącej z ingerencją w sprawy wewnętrzne. "Oskarżono nas prawie o ludobójstwo mniejszości polskiej. Dla każdego rozsądnego człowieka absurdalność tych zarzutów jest oczywista" - napisał ambasador Gajsionak.

Według ambasadora, w całym kraju, w tym w stolicy, działa sieć szkół, klas i kółek nauczania języka polskiego, działa 16 Domów Polskich. Ambasador podkreślił, że strona polska również przeznacza znaczne fundusze na działalność Polonii na Białorusi, ale - jak twierdzi - "nie zawsze w sposób przejrzysty". Według niego, to właśnie aspekt finansowy jest przyczyną obecnego konfliktu interesów w największej organizacji mniejszości polskiej - Związku Polaków na Białorusi. Ambasador zarzuca "czysto osobiste i egoistyczne interesy niektórym z jego byłych działaczy, którzy" - jak pisze - "nie mogli się pogodzić z utratą źródła dochodu i instrumentów wpływu w organizacji po klęsce w regularnych wyborach w ZPB. (...) Dlatego rozpętali histeryczną kampanię w celu dokonania podziału organizacji i destabilizacji mniejszości polskiej".

W oświadczeniu amasadora Białorusi nie ma ani słowa o udziale milicji w przejmowaniu Domu w Iwieńcu, nie wspomniano także o szykanach wobec władz Związku kierowanego przez Andżelikę Borys.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się