Dla opolskich liderów MN tablice dwujęzyczne z nazwami miejscowości to dowód ich osiągnięć wywalczonych w ciągu 20 lat praw. Można je zobaczyć już w 11 gminach na Opolszczyźnie. Leo Joshko, aktywny lokalny działacz Mniejszości Niemieckiej z Dębskiej Kuźni (Dembiohammer), z wielką dumą podkreśla, że dla niego dwujęzyczne tablice to wielka radość. Bo dzięki podwójnym nazwom ludzie teraz widzą, że historia tych ziem jest inna, niż się wmawiało przez 50 lat. - Teraz się ludzie w końcu dowiedzą, skąd się na tych ziemiach wzięła cywilizacja - mówi dobitnie.
Choć, niestety, u młodych Ślązaków tablice nie wywołały jakiegoś szczególnego pędu do odkrywania historii rodzinnej ziemi. - Bo też i te nazwy nie są do końca niemieckie - powiada Joshko. - Przed wojną miejscowość nazywała się Eichhammer, a to, co teraz powiesili, to ni pies nie wydra, ani to po polsku, ani po niemiecku. I mnie się to nie podoba. Byłem kiedyś w sejmiku i usłyszałem, że te przedwojenne nazwy Hitler nadał, więc z nimi powracać nie będziemy. Tylko, co w tej nazwie jest złego? "Eich" to znaczy żołądź. Co to ma z nazizmem wspólnego?
Dębska Kuźnia przez miesiące była pierwszą miejscowością z polską i niemiecką nazwą, którą widzieli kierowcy jadący z centrum kraju, np. z Warszawy do Opola. Teraz z tego kierunku wita ich już także Guttentag, czyli Dobrodzień.
Ale to dopiero w Dembiohammer nie tylko tablice wjazdowe i wyjazdowe są dwujęzyczne, ale też drogowskazy do okolicznych miejscowości. Widzą więc przybysze, jak jechać na Tempelhoff (Niwki) czy Fallmirowitz (Falmirowice).
Często podróżni zatrzymują się w gościńcu Stara Kuźnia. Obsługa zapewnia, że z oburzeniem jak dotąd się nie spotkała. - Owszem ludzie śmieją się z tego, ale proszę nam wierzyć, nie słyszeliśmy, żeby ktoś czuł się dotknięty niemieckimi nazwami.
Skąd więc co rusz kolorowe plamy czy nawet swastyki nabazgrane sprejem na niemieckich nazwach? Które w Lędzinach (Lendzin) jeden z mieszkańców przez długi czas w dzień w dzień rano szorował, stojąc na drabince. Teraz sprej ściera się specjalnym środkiem, który wójt Chrząstowic (Chronstau) Helena Rogacka sprowadziła z Gdańska. I choć należy to do służb drogowych, czyszczą to jej pracownicy.
Dla Joshki i wielu innych działaczy MN to oczywiste, że niszczą polscy szowiniści. - Z miasta, bo w mieście młodzi graffiti malują, a mentalność Ślązaka jest taka, że nie psuje, nie niszczy, nie naraża innych na finansowe straty. Jeśli ktoś ze wsi to robi, to też musi być jakiś nacjonalista, a nie Ślązak - podkreśla.
Lepiej drogi naprawić Tyle, że dla młodych Ślązaków, którzy nawet z pracy w Niemczech tu wracają, te dwujęzyczne tablice, to "cyrk, wygłupy i zbytek". - Bo chcemy do Polski przyjeżdżać, a nie czuć się dalej, jakbyśmy zostali w Niemcach - mówią głośno w gościńcu.
W pobliskim Dańcu (Danietz) Ślązacy bez ogródek walą, że tablice im się nie podobają. I nie tylko dlatego, że są na nich "nie niemieckie" nazwy, skoro był tu przed wojną Bergdorf. Zaznaczają, że w ogóle to wielkie marnotrawstwo pieniędzy. - Lepiej było je przeznaczyć na dziurawe drogi, których tu nie brakuje - denerwuje się właściciel sklepu spożywczego pan Bartek (nazwiska nie chce podać, ale się śmieje, że i tak wszyscy będą wiedzieć, o kogo chodzi). - Zamiast jednej tablicy, załatać jedną dziurę. Zaraz większy byłby z tego pożytek, a tak jest żaden - denerwuje się. - Jestem Ślązakiem, mam pochodzenie niemieckie, ale mnie to nie jest w ogóle potrzebne.
- Mnie tam nie przeszkadzają - zagadnięta przez niego klientka nie chce zbytnio rozwijać tematu. Ale po chwili jednak się odzywa: - Rzeczywiście, po jaką cholerę je stawiać? Drogi ważniejsze - rzuca z silnym śląskim akcentem i wychodzi.
I tak o tych drogach mówią i pod sklepem w Dańcu, i pod barem w Dębskiej Kuźni, i nawet w ościennej gminie Tarnów Opolski (Tarnau). Tam pan Karol, sprzedawca lodów, podkreśla, że owszem, nie rozumie, dlaczego jacyś złośliwcy wciąż po nich mażą, ale żeby zaraz być ich gorącym zwolennikiem... - Bo komu to w czym pomaga? Nikomu i w niczym. Czuję się Europejczykiem, 27 lat mieszkałem w Niemczech, teraz nawet nie mam polskiego obywatelstwa, bo musiałem się go zrzec, wyjeżdżając, za co mam wielki żal do władzy (której na szczęście już nie ma). I dla mnie naprawdę nieważne, czy te tablice są po polsku, czy po niemiecku... Naprawdę we wspólnej Europie nie to jest ważne. Ważniejsze, żeby nam się tu dobrze żyło.
Niech tak nie demonstrują Przedsiębiorca Bernard z Dańca jest urodzonym Śląskiem, ma niemieckie korzenie, jednak czerwonego paszportu do dzisiaj nie wyrobił, do Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Niemców na Śląsku Opolskim też się nie zapisał. - Mnie denerwuje, że Mniejszość Niemiecka właśnie tablicami chce manifestować swą obecność w miejscowościach - wypala. - Niech lepiej pokażą we wsi, że coś tu robią, a nie jeden festyn w roku i to wszystko. Sam trawę na boisku koszę, wyrównuję, żeby synowie mogli grać w piłkę - żali się.
Wolałby, żeby MN demonstrowała swój byt prężną działalnością społeczno-kulturalną, a nie tablicami, które - jego zdaniem - drażnią i polską większość, i w dużej mierze ludzi utożsamiających się z mniejszością. - Niech się więc nie dziwią niechęci, skoro jest takie obnoszenie się z tymi tablicami. Ludziom się to nie podoba, to i znajdą się tacy, co po nich malują - wyjaśnia.
Kto dokładnie, to już nie ma pojęcia, ale wersja, że to miejscowa młodzież po piwku, wydaje mu się najbliższa prawdy. Tak też przypuszcza młody mechanik z Chrząstowic. - Bo po co nimi drażnić? - pyta. - Mieszkamy tu z ludnością napływową, razem pracujemy, gramy w piłkę w
Opolu. Kumple się potem z nas śmieją, że mieszkamy w niemieckiej wsi. Taki to miało przynieść efekt? Nie sądzę - mówi. - Mniejszość Niemiecka to nie jest żadna oferta dla młodych ludzi. Ich to nie interesuje, nie żyją przeszłością, więc nie ma co wymagać od nich respektu i zrozumienia dla takich gestów - uważa.
Sam pójdę i zamaluję Bierawa (gmina leżąca na rubieżach województwa) uchodziła kiedyś za siedzibę awangardy Mniejszości Niemieckiej. To tam usiłowano przekonywać do używania nazw miejscowości z lat 30. Tam chciano wprowadzać je jeszcze nim umożliwiająca to ustawa o mniejszościach narodowych i etnicznych ujrzała światło dzienne.
Dziś po tablicach dwujęzycznych ani śladu, chociaż formalności zostały załatwione. - Nie ma zagorzałych przeciwników tych tablic, ale też i jakiegoś szczególnego entuzjazmu do stawiania ich także - wyjaśnia zastępca wójta Bierawy Krzysztof Ficoń, członek MN. - Pojawił się wniosek części radnych, ale chcemy, aby odbyła się dyskusja poparta niekwestionowanym w tych sprawach autorytetem, kimś spoza regionu, spoza mniejszości, kto wyjaśni dokładnie, na czym rzecz polega - mówi.
Skąd ta ostrożność? - Nic w tablicach nie widzę złego, ale takie jest nasze wewnętrzne przekonanie, żeby z tym poczekać. Mamy dobrą współpracę mniejszości i większości, gmina się dobrze rozwija, jest dużo inicjatyw, więc nie stawiamy sobie tego jako sztandarowy cel. Mamy tak wiele innych sukcesów, że nie musimy się chwalić akurat tablicami. Mniejszość też działa tu prężnie wspierana przez gminę: jest świetlica, festyny, robimy dużo więcej dla społeczności niż inni, którzy za swój priorytet przyjęli postawienie tablic po polsku i niemiecku.
Wójt mówi, że dokładnego rozeznania w nastrojach wśród mieszkańców nie robił. Gdyby to uczynił, usłyszałby pewnie od młodych Ślązaków, że niemieckie tablice nie podobają się i już. - Bo to jakoś tak nie pasuje, dziwnie wygląda. A Polakom też się to nie podoba, bo nie chcą się czuć jak w Niemcach - mówią chłopcy spod pizzerii w Bierawie. I opowiadają, jak to w ościennych miejscowościach, gdzie tablice dwujęzyczne już stoją, ich rówieśnicy po nich bazgrzą.
- A i ja, chociaż śląskie mam korzenie, jak je nam tu postawią, to też pójdę je zamalować albo przewrócić - z rozbrajającą szczerością deklaruje Łukasz, a wtórują mu jego koledzy Robert i Marek.
Zostawmy to w spokoju Józef Ledwoch z Dębskiej Kuźni, jeden z założycieli Mniejszości Niemieckiej, długo się zastanawia, nim zacznie rozmawiać o tablicach. Jest ich zwolennikiem. Odpiera wcześniej podnoszone przez Ślązaków argumenty. - Nazwy są w prawdziwej pięknej gwarze śląskiej, która została potem spolszczona. Mnie się ich brzmienie podoba - zaznacza. Choć on akurat przechowuje przedwojenną tablicę z nazwą "Eichhammer" nie widząc nic zdrożnego w tym słowie. - "Hitlersee" przecież nikt tutaj nie chce - zapewnia.
Opowiada o skomplikowanej historii tej ziemi, o analogiach ze wschodem, skąd wypędzeni zostali Kresowiacy, dziś często sąsiedzi Ślązaków. - Mieszkam na ulicy Wyzwolenia. Czy mnie po wojnie wyzwalano czy zniewalano? Ale nie wnioskuję o zmianę tej nazwy. Niech sobie będzie, jak i te tablice.
Wierzy, że większość wybryków związanych z niszczeniem tablic jest dziełem rodzimej młodzieży. - Tak w osiemdziesięciu procentach, ale robią to dla wygłupów, na złość, a nie z przekonania, w jakimś proteście - uważa.
Zgadza się z nim wieloletni lider MN Henryk Kroll. - Robi to młodzież, raz nasza, raz nie nasza, dla wygłupów. A dlatego, że nie zdołaliśmy zwykłym ludziom wytłumaczyć, czemu te tablice są ważne. Za dużo też z tymi tablicami wiąże się rozgłosu, a ludzie na wsiach chcą przede wszystkim spokoju.
***
Maciej Milewski z biura prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji potwierdza, że choć generalnie rzadko udaje się ująć sprawców bazgrania po tablicach, to jednak
policja zazwyczaj wie, kto to robi, tyle że nie ma na to dostatecznych dowodów. - Jest to najczęściej miejscowa młodzież między 16 a 18 rokiem życia. O żadnych skinach, narodowcach, którzy mieliby specjalnie przyjeżdżać w tym celu z miast, nie słyszeliśmy - podsumowuje.