Ataki miały na celu m.in. wykradzenie tajemnic handlowych i danych osób broniących praw człowieka w Chinach. Mogły się one zacząć już w kwietniu ubiegłego roku, czyli miesiąc wcześniej niż sądzono.
Śledztwem w tej sprawie zajmują się specjaliści komputerowi i agenci NSA. Dotychczas ślady prowadziły na serwery tajwańskie. Ostatnio udało się jednak ustalić związek pomiędzy atakiem a elitarnym szanghajskim uniwersytetem Jiaotong i szkołą zawodową Lanxiang.
Jiaotong jest jednym z najlepszych uniwersytetów w Chinach. Jego studenci ostatnio wygrali konkurs programistyczny zorganizowany przez IBM, w którym pokonali najlepsze amerykańskie szkoły wyższe. Lanxiang jest natomiast ogromną szkołą zawodową, która powstała przy wsparciu wojska. Część z uczących się tam specjalistów pracuje dla chińskiej armii.
James C. Mulvenon, specjalista ds. chińskiego wojska pracujący w Waszyngtonie, powiedział gazecie, że chiński rząd może korzystać z usług wolontariuszy, tzw. "patriotycznych hakerów". Przedstawiciele szkół zapowiedzieli wewnętrzne dochodzenie w tej sprawie, "jeśli zarzuty amerykańskich śledczych się potwierdzą".
- Nie jestem tym zaskoczony. Włamania studentów na zagraniczne serwery są prawie normalnością - powiedział New York Timesowi jeden z profesorów wykładających na uniwersytecie Jiaotong. Pracownik nie chce być wymieniony z nazwiska, bo obawia się represji.
Zdarzenie wyklucza natomiast pracownik szkoły Lanxiang, z którym rozmawiał New York Times. - Myślę, że to niemożliwe (...) bo nasi studenci to tylko absolwenci szkół średnich, którzy dopiero uczą się programowania - powiedział mężczyzna, znany jako Mr. Shao. Nauczyciel potwierdził, że każdego roku 4-5 jego uczniów było rekrutowanych do chińskiego wojska.
Przedstawiciele
Google nie chcieli skomentować ostatnich postępów w śledztwie.