Telewizja podała, że tylko dwaj posłowie komisji hazardowej osobiście zapoznali się z zeznaniami Ryszarda Sobiesiaka, których fragmenty opisała "Rzeczpospolita". Potwierdził nam to Mirosław Sekuła, przewodniczący komisji. - Dwaj członkowie komisji:
Zbigniew Wassermann i Bartosz Arłukowicz oraz sześciu asystentów miało dostęp do protokołów. Ja i mój asystent nie zapoznaliśmy się z nimi jeszcze, bo mieliśmy to zrobić dziś - powiedział nam Mirosław Sekuła, przewodniczący komisji hazardowej.
Polityk uważa, że dokument będzie też przydatny dla prokuratury, która zapowiedziała śledztwo ws. przecieku do "Rzeczpospolitej". Szef komisji śledczej ocenił, że przeciek mógł nastąpić od tych posłów i ich asystentów, którzy widzieli materiały prokuratury, z samej prokuratury lub od osób pracujących w sekretariacie komisji.
Sekuła tłumaczył, że materiał, którego fragmenty wyciekły do "Rz", objęty jest tajemnicą śledztwa i zapoznawanie się z nim możliwe jest tylko z jednego egzemplarza na miejscu w sekretariacie komisji śledczej w Sejmie; za każdym razem, gdy ktoś się z nim zapoznaje odnotowywane to jest w specjalnej książce; dokumentów nie wolno kserować, można jedynie sporządzać z nich notatki.
Zeznania Sobiesiaka niedostatecznie chronione Wiceprzewodniczący komisji Bartosz Arłukowicz zapewnia w rozmowie z portalem Money.pl, że nie był źródłem przecieku. Polityk lewicy nie ma też wątpliwości, że tajnych zeznań nie mógł wynieść również jego asystent. - Żaden z nich nie miał dostępu do kancelarii tajnej - wyjaśnia.
Problem w tym, że zeznania króla hazardu były w sekretariacie komisji, a nie w kancelarii tajnej. A to oznacza, że z dokumentami mogło zapoznać się dużo więcej osób, nie tylko członków komisji śledczej.
Arłukowicz dodaje, że z dokumentami z prokuratury zapoznał się w ubiegłym tygodniu, a w trakcie ich czytania nie robił żadnych notatek. Jak zaznaczył, takie przecieki jak ten utrudniają mu pracę w komisji i przesłuchania, dopiero mające się odbyć. - Będzie mi dużo trudniej pracować, kiedy materiały tajne znajdują się w prasie - to pozwala przygotować się świadkowi - argumentował.
Zbigniew Wassermann, podobnie jak wiceszef komisji, zapewnia, że nie udostępnił prasie dokumentów z zeznaniami Ryszarda Sobieska przed prokuraturą. Poseł Prawa i Sprawiedliwości oświadczył, że jest jak najdalszy od utrudniania pracy komisji śledczej. Przypomniał, że chciał nawiązać kontakt między komisją a prokuratorami, gdyż zdawał sobie sprawę, iż bez współpracy z prokuraturą i bez jej materiałów komisja nie posunie się naprzód. Polityk przyznał, że zapoznał się z materiałami prokuratury, ale uważa, że sytuacja, którą teraz stworzył szef komisji jest absurdalna. - Jeżeli ktoś jest pilny i w tym szaleństwie znajduje czas na zapoznanie się materiałami, to jest winny, a oskarżenia może stawiać ten, kto akurat się nie zapoznał, chociaż to jest obowiązkiem, przecież to jest absurd - powiedział polityk.
Wassermann dodał, że nie chciał paraliżować prac komisji, robi to natomiast jej przewodniczący, poseł Platformy Obywatelskiej Mirosław Sekuła.
Jego zdaniem, nie da się wykluczyć sytuacji, że przecieku dokonał ktoś, kto chce storpedować współpracę sejmowych śledczych z prokuraturą. - Jest jeszcze taka możliwość, że ktoś robi to specjalnie, po to, żeby powiedzieć, że nam nie wolno akt dawać, bo jesteśmy niewiarygodni - ocenił polityk
PiS.
Sobotnia "Rzeczpospolita"
opisała zeznania Ryszarda Sobiesiaka złożone w prokuraturze. Miały one być sprzeczne z tym, co mówili świadkowie komisji hazardowej. M.in. chodzi o długość znajomości Sobiesiaka z Grzegorzem Schetyną, Zbigniewem Chlebowskim i Mirosławem Drzewieckim.