W TVP jadą windą. A tu w dialog włącza się głos. Podsłuch?

- Mięsem, jakim mięsem? - powiedział tajemniczy, męski głos, który niespodziewanie włączył się w rozmowę dwóch dziennikarek TVP. Wydarzyło się to w jednej z wind nowego budynku na Woronicza. Pracownicy TVP obawiają się, że są podsłuchiwani i proszą o wyjaśnienia prezesa telewizji.
Czy na Woronicza rzeczywiście ściany i windy mają uszy? O niecodziennym wydarzeniu w biurowcu TVP poinformował dzisiaj "Presserwis". Jedną z bohaterek historii jest Krystyna Mokrosińska, prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. - Moje dwie redakcyjne koleżanki komentowały pewne, dotyczące mnie zdarzenie. Do rozmowy włączył się męski głos. Koleżanki opowiadały o zdarzeniu, w którym padały brzydkie słowa. Mówiły o "rzucaniu mięsem". Głos zapytał: "mięsem, jakim mięsem"? - tak całą sytuację Mokrosińska opisuje w rozmowie z TOK FM.

"To skandal"

Nie wiadomo, kim była osoba, która komentowała dialog pracownic TVP. - Nawet jeśli to był ktoś z obsługi windy to należy sprawdzić, czy rzeczywiście to powinno tak działać - mówi Mokrosińska. Dodaje, że o sprawie poinformowała wczoraj prezesa TVP. - Mam nadzieję, że prezes sprawdzi, czy urządzenia alarmowe w windach są właściwie zainstalowane - przekonuje.

Mokrosińska zastanawia się, czy w sprawa to głupi żart kogoś z obsługi budynku, czy rzeczywiście ktoś ma nasłuch na rozmowy pracowników TVP.

- Jeśli jesteśmy podsłuchiwani, to skandal. Zwróciłam się już do prezesa TVP z prośbą o wyjaśnienie, czy w siedzibie telewizji są podsłuchy. Być może ten incydent był przypadkowy, ale trzeba to sprawdzić - mówi "Presserwisowi". Dodaje, że jej koleżanki już powiadomiły o tym administrację budynku telewizji.

- Zbadamy sprawę - odpowiada rzecznik prasowy TVP Stanisław Wojtera. Jego zdaniem włączenie się męskiego głosu do rozmowy w windzie mogło być przypadkowe. Przyciski alarmowe działają tam bowiem jak domofon - łączą z pracownikami ochrony.

Głupota, czy metoda?

Czy podsłuchiwanie pracowników TVP może być szerszą praktyką? Mokrosińska w rozmowie z TOK FM przypomniała sprawę, o której dowiedziała się od jednej z osób zatrudnionych na Woronicza. Mokrosińska mówi, że pracownica telewizji publicznej na pytanie dlaczego znalazła się na liście zwolnień usłyszała: "my mamy nagrania". - Trudno powiedzieć, czy to jest tylko głupota, czy jakaś metoda - dodaje prezes SDP.

Więcej o: