Dramat czteroosobowej rodziny. Wylądowała na ulicy w Londynie

Anna Gmiterek-Zabłocka, TOK FM
21.12.2009 , aktualizacja: 21.12.2009 15:30
A A A Drukuj
Postawili wszystko na jedną kartę: sprzedali samochód i wszystko co mieli. Wyjechali do Londynu. Niestety los obszedł się z nimi wyjątkowo surowo. Rodzina wylądowała na bruku. Dziś są w Lublinie - wrócili dzięki pomocy Stowarzyszenia Barka. Nie mają jednak gdzie mieszkać.
Oboje mają po 30 lat i dwoje dzieci - 4-letnią dziewczynkę i 8-miesięcznego synka. On jest z zawodu piekarzem. Ona pracowała jako technik dentystyczny, w Lublinie skończyła też studia z administracji. Przed wyjazdem do Londynu mieszkali na Śląsku, u matki pana Marcina.

- Ale ona jest alkoholiczką, nasze dzieci musiały na to patrzeć. Dlatego stamtąd uciekliśmy - mówi ze łzami w oczach pani Joanna, która nie ma żadnej rodziny. Miała w Londynie koleżankę. Dlatego sprzedali samochód i polecieli.

Miało być lepiej

Na początku wszystko wyglądało dobrze: pan Marcin znalazł pracę jako piekarz, miał nieźle zarabiać, wynajęli mieszkanie. Tyle, że właściciel od razu zażądał pieniędzy, a oni ich nie mieli. - Wyrzucił nas z dziećmi na ulicę. Wcześniej groził i szantażował - opowiadają.

Szukali pomocy w polskich i angielskich instytucjach i urzędach. - Nikt nie chciał nam pomóc. W pomocy społecznej usłyszeliśmy, że możemy stracić dzieci, bo mieszkamy na ulicy. Dlatego zdecydowaliśmy się wracać - mówi pani Joanna. W powrocie pomogło im działające w Londynie Stowarzyszenie Barka UK.

"Kamilka cały czas pyta, gdzie jest tata"

Rodzina nie miała, dokąd wrócić. Trafiła do Lublina, bo pani Joanna urodziła się w Chełmie na Lubelszczyźnie. Małżonkowie zostali rozdzieleni: on mieszka od niedzieli w schronisku dla bezdomnych mężczyzn, a ona z dziećmi - w ośrodku interwencji kryzysowej. Mogą się spotykać tylko na kilka minut dziennie. - A Kamilka cały czas pyta, co z tatą, czy będzie z nami, czy do nas wróci. Nie wiem, co jej mówić - płacze pani Joanna.

Możesz pomóc

Nie wiedzą, gdzie spędzą święta. Bardzo chcą być razem, ale w Lublinie nie ma ośrodka, w którym można byłoby umieścić całą rodzinę, w komplecie. - Liczymy na każdą pomoc. Chcemy pracować, zarabiać na życie, ale musimy od czegoś zacząć. A jest bardzo źle - mówi pan Marcin, a łzy ciekną mu po policzkach.

Każdego, kto chciałby pomóc prosimy o kontakt z nami (anna.zablocka@tok.fm) albo z Bractwem Miłosierdzia im. Brata Alberta w Lublinie - ul. Zielona 3; nr telefonu 81- 532 - 64 - 37.

Podziel się