Z braku możliwości przyjęcia formalnego, politycznego porozumienia w sprawie globalnego ocieplenia szczyt klimatyczny w Kopenhadze "odnotował" w sobotę dokument przyjęty w nocy z piątku na sobotę przez grupę krajów o najbardziej rozwiniętych gospodarkach - podaje agencja Kyodo.
- Konferencja Stron przyjmuje do wiadomości porozumienie z Kopenhagi - brzmi oświadczenie, które cytują inne światowe agencje. Decyzję ogłosił przewodniczący sesji plenarnej konferencji.
Wciąż nie wiadomo, czy dokument będzie miał jakieś konsekwencje prawne. Rozmowy klimatyczne oraz związane z nimi decyzje podejmowane są na zasadzie konsensusu. Tymczasem kilkanaście państw, m.in. Sudan, Boliwia i Kuba, ostro wystąpiły przeciwko nocnym ustaleniom Stanów Zjednoczonych i innych dużych państw w sprawie globalnego ocieplenie.
Premier Szwecji Fredrik Reinfeldt, sprawującej w tym półroczu przewodnictwo w Unii Europejskiej uważa porozumienie za "pierwszy i ważny krok". Przyznał jednak, że spodziewał się lepszego rezultatu.
2 stopnie Celsjusza Porozumienie przewiduje działania prowadzące do tego, aby średnia temperatura na Ziemi nie wzrosła do roku 2050 bardziej, niż o 2 stopnie w porównaniu z epoką przedinsdustrialną.
Bogate państwa zobowiązały się przeznaczyć 30 miliardów dolarów dla krajów rozwijających się na walkę z ociepleniem klimatu w latach 2010-12. Jedną trzecią z tej kwoty ma wyłożyć Unia Europejska. Kolejne 100 miliardów ma być przeznaczone do 2020 roku, jednak brakuje dokładnych ustaleń co do tych pieniędzy.
Według szwedzkiego dziennika "Dagens Nyheter", Unia Europejska, nie mogąc przeprowadzić na szczycie swych zamiarów, dotyczących ograniczenia emisji gazów cieplarnianych, utraciła przywódczą rolę. Wśród wielu przyczyn dziennik wymienia też postawę Polski, nie godzącej się na wyższe ograniczenia poziomu emisji.
Natomiast zdaniem gazety "Svenska Dagbladet", nie należy widzieć wyników szczytu tylko w czarnych barwach. W stosunku do obowiązującego porozumienia z Kioto, przyjęty poziom redukcji emisji wzrósł nieco z ponad pięciu procent do dwudziestu. - To prawda, że Chiny się ociągają, ale do walki ze zmianami klimatycznym przyłączyły się Meksyk, Brazylia i
Indie, a międzynarodowa presja w tym kierunku będzie się na pewno nasilała - pisze komentator gazety.
"Poczucie zmarnowanej szansy" Belgijska prasa nie zostawia natomiast suchej nitki na porozumieniu. "To ogromne rozczarowanie. Mamy poczucie straconej szansy" - powiedział belgijski minister środowiska Paul Magnette, cytowany przez dziennik "Le Soir".
W komentarzu redakcyjnym dziennik "La Libre Belgique" zauważa, że uzgodniony dokument "jest (oddalony) o lata świetlne od pięknych ambicji i górnolotnych deklaracji wygłaszanych od miesięcy na temat ratowania planety". Zdaniem gazety, zamiast stanąć na wysokości zadania i przejść od słów do czynów, przywódcy pokazali, że stać ich jedynie na "realpolitik". Bowiem - jak pisze "La Libre Belgique" - klimatyczny miecz Damoklesa wiszący nad planetą nie okazał się wystarczająco ciężki i groźny, by przezwyciężyć krótkoterminowe interesy finansowe.
Zdaniem gazety, konferencja w Kopenhadze pokazała, że nie da się zjednoczyć bogatych i biednych krajów świata wokół jednego celu. "Wszystkie przedsięwzięte wysiłki dyplomatyczne, by zbudować zaufanie między Północą a Południem, spełzły na niczym" - konkluduje dziennik.
Prasa brytyjska też jest zgodna, że szczyt był fiaskiem. Związany z ekologami autor i publicysta George Monbiot pisze w lewicowym dzienniku "Guardian": "Tu już nie chodziło ratowanie biosfery, tylko twarzy." I dodaje, że uczciwsze i mniej szkodliwe byłoby uroczyste podpisanie czystej kartki papieru. Po drugiej, sceptycznej stronie klimatycznej barykady inny autor i publicysta, Gerald Warner, pisze w prawicowym "Daily Telegraphie": "Kopenhaga to farsa" i porównuje komunikat końcowy do kartki papieru, którą premier Neville Chamberlain powiewał po powrocie z Monachium.
Głębokiego rozczarowania nie kryją brytyjscy działacze Greenpeace. Jeden z nich powiedział "Timesowi: "Trudno sobie wyobrazić, jak nasi przywódcy zaprezentują światu ten dokument, nie pękając ze śmiechu." A szef organizacji John Sauven dodał, że uporanie się z globalnym ociepleniem będzie odtąd wymagać zupełnie innego modelu politycznego.
Fiasko, rozczarowanie, słaby wynik. W taki sposób niemieckie media komentują ustalenia szczytu. "Cóż za spektakularne fiasko" - pisze w internetowym wydaniu "Der Spiegel". Zdaniem tygodnika, szczyt w Kopenhadze "rozbił się" o twardo bronione interesy Stanów Zjednoczonych, Chin i wielu innych państw. "Wkrótce przekonamy się, jak wielką katastrofą grożą zmiany klimatyczne" - wieszczy "Der Spiegel".
Według "Berliner Zeitung", porozumienie na szczycie w Kopenhadze można uznać co najwyżej za "słaby początek koniecznej transformacji". "Frankfurter Rundschau" zaznacza, że w stolicy Danii nie udało się osiągnąć celów nakreślonych podczas konferencji na Bali przed dwoma laty. "Zaanonsowane cele redukcji emisyjnych są zbyt słabe i dziurawe" - twierdzi dziennik z Frankfurtu.
Zdaniem "Süddeutsche Zeitung", wyniki kopenhaskiego szczytu pokazują, że przełom w sposobie politycznego myślenia o ochronie klimatu stanie się możliwy dopiero, gdy globalne ocieplenie brutalnie wkroczy w życie mieszkańców tych państw, które wykazują największą skłonność do blokowania porozumienia.
"Wzrost temperatury jak holokaust" Kraje rozwijające oburzają się, że o ich przyszłości zdecydowały najbogatsze kraje. Suchej nitki na porozumieniu nie pozostawiły także organizacje pozarządowe.
Przedstawiciel Tuvalu Ian Fry ocenił, że ustalenia, które zapadły w nocy pomiędzy USA i dużymi państwami rozwijającymi się, a następnie zostały zaakceptowane przez najważniejsze państwa UE, oznaczają koniec tego wyspiarskiego państwa, któremu zagraża podnoszący się poziom wody w oceanach.
Tego samego zdania jest szef delegacji Sudanu Lumumba Stanislas Di-Aping, który przewodniczy też grupie G77, skupiającej 130 państw rozwijających się. Przyrównał on tak ustalony limit wzrostu temperatury do holokaustu, ponieważ oznacza on dla wielu Afrykanów pewną śmierć.
Di-Aping skrytykował także premiera Danii Larsa Lokke Rasmussena, który w ostatnich dniach konferencji klimatycznej przewodniczył rozmowom. Jak ocenił, szef duńskiego rządu sprzyjał interesom państw zamożnych.
Rządzone przez lewicowych przywódców państwa latynoamerykańskie - Wenezuela, Boliwia, Kuba i Nikaragua - oznajmiły, że nie mogą poprzeć porozumienia, które zostało wypracowane za zamkniętymi drzwiami w wąskiej grupie państw.
Więcej Greenpeace apeluje. Chcesz powstrzymać zmiany klimatu? Podpisz się