- To była symboliczna tablica, jestem zdumiony, po co ktoś ją ukradł - mówi w rozmowie z reporterką
radia TOK FM Wilhelm Brasse - to musiała być robota na zlecenie jakiegoś szalonego kolekcjonera - dodaje. Ten polski fotograf trafił do niemieckiego obozu zagłady w Oświęcimiu w sierpniu 1940 roku.
Rok później na zlecenie Niemców zaczął robić zdjęcia przybyłym więźniom, przeznaczone do kartoteki obozowej. - Osobiście znałem kowala Jana Liwacza, który robił ten napis, często fotografowałem jego dzieła, które robił w obozie dla Niemców, głównie dla komendanta Hoessa - opowiada. - Ta kradzież wzbudziła we mnie ogromne oburzenie i niesmak - dodaje.
Napis "Arbeit macht frei" Wilhelm Brasse zrozumiał już kilka dni po przybyciu do obozu. - To był da nas okrutny żart - mówi. -
Niemcy z nas zakpili, zresztą już drugiego dnia po przyjeździe, na zbiórce powiedzieli nam, że normalny więzień żyje tu trzy miesiące, więc gdzie tu prawda w tym napisie? - dodaje.
Wilhelm Brasse przebywał w obozie w latach 1940 - 1945. Podczas pobytu wykonał około 50 tysięcy portretów więźniów.
Ukradziono napis "Arbeit macht frei". Kliknij na zdjęcie, aby obejrzeć galerię: