Maczugi, petardy, ranni policjanci - na manifestacjach Warszawa widziała już wszystko [Raport]

tm
15.12.2009 , aktualizacja: 15.12.2009 12:45
A A A Drukuj
Bogusław Ziętek Fot. Grzegorz Celejewski / AG Bogusław Ziętek
Dzisiaj do stolicy po raz kolejny zjadą tysiące związkowców NSZZ Solidarność. Jak przestrzegł na konferencji prasowej lider Solidarności Janusz Śniadek, protest może mieć niespokojny przebieg, bo "związkowcy nie mają nic do stracenia". Ale czy warszawiaków może coś jeszcze zaskoczyć?
Pielęgniarki
Pielęgniarki
Manifestacja związków zawodowych kolejarzy. Związkowcy w Warszawie w dzień wizyt europejskich polityków maszerują sprzed Pałacu Kultury i Nauki pod budynek Ministerstwa Infrastruktury
Fot. Filip Klimaszewski / AG
Manifestacja związków zawodowych kolejarzy. Związkowcy w Warszawie w dzień wizyt europejskich polityków maszerują sprzed Pałacu Kultury i Nauki pod budynek Ministerstwa Infrastruktury
- To nadchodzi wiosna ludów, która zmiecie rząd! - krzyczał na jednej z manifestacji, która miała miejsce na początku roku, szef Sierpnia '80 Bogusław Ziętek, jeden z największych zadymiarzy III RP. Dzisiaj o swoich prawach związkowcy będą chcieli po raz kolejny przypomnieć mieszkańcom stolicy.

"Będzie się działo" - grudzień 2009 r.

- Nie mamy nic do stracenia. Rząd nas oszukał i jesteśmy pod ścianą - mówi jeden z uczestników planowanej na dzisiaj o godz.12 w Warszawie manifestacji stoczniowców, kolejarzy i pracowników przemysłu zbrojeniowego.

Przeczytaj naszą relację na żywo

Plakat reklamujący protest nie pozostawia wątpliwości z kim walczyć chcą związkowcy: widzimy na nim mapę Polski rozrywanej przez macki czarnej ośmiornicy z napisem PO. - Po raz kolejny jesteśmy karmieni informacjami, że nie jest źle, że kryzys się kończy, że oto już przed nami jest zielone światło. Ten przekaz płynący ze strony rządu kompletnie nie zgadza się jednak z rzeczywistością, w której my żyjemy - powiedział przewodniczący Solidarności Janusz Śniadek.

Policjanci, górnicy, hutnicy, pielęgniarki...

Protest organizowany przez NSZZ Solidarność potrwa "co najmniej" cztery godziny i ma zostać zapamiętany przez cały kraj. Nie wiadomo jednak, czy zmęczeni manifestacjami mieszkańcy Warszawy poświęcą mu więcej uwagi. Poza tym dopiero co miasto sparaliżowało ponad 100 autokarów, które przywiozły ze sobą pięć tysięcy policjantów.



Gorącokrwista zbrojeniówka - marzec 2009 r.

Chyba najgorętsze demonstracje mają miejsce, gdy do Warszawy przyjeżdżają pracownicy przemysłu zbrojeniowego. Ostatnio w stolicy byli w marcu. Aż kilka tysięcy osób upominało się wtedy o zwiększenie środków na modernizację sił zbrojnych i ochronę ich miejsc pracy.

Może w nawiązaniu do swojej profesji, związkowcy przyjechali dosłownie uzbrojeni po zęby. Na ulicach pojawili się z kosami, kijami, maczugami. Były też "tradycyjne" płonące opony.



Nad Kancelarią Premiera kilkadziesiąt minut unosił się czarny dym. Sparaliżowane centrum miasta co chwilę rozbłyskało w świetle wybuchających rac. Niestety wielu manifestujących było pijanych i zachowywało się agresywnie. W pewnym momencie... obserwujący całe zdarzenie dziennikarze zostali przez nich obrzuceni petardami i wyzwiskami. Uszkodzony został także samochód jednego z nich.

Później Solidarność tłumaczyła dziennikarce Gazeta.pl, że tak emocjonalne zachowanie wyniknęło z "rozżalenia" protestujących.

Policja też popełnia błędy - czerwiec 1999 r.

24 czerwca 1999 r. fabryka radomskiego Łucznika trzy miesiące zalega z wypłatami dla pracowników. Do Warszawy przyjeżdża około tysiąca związkowców. Maszerują od ministerstwa do ministerstwa i biją się z policją. Na ulicy Kolnowej, przy której stoi budynek MON stoi podwójny kordon policji - ok. 50 funkcjonariuszy. W ich stronę sypią się kamienie, lecą śruby, petardy, płyty chodnikowe i wyzwiska. W powietrzu płoną kukły szefa MON.

Pękają policyjne tarcze i hełmy, Funkcjonariusze nie wytrzymują napięcia i odpowiadają gazem łzawiącym. Policja strzela gumowymi kulami. Tłum zaczyna się cofać. Na chodniku leży ranny w klatkę piersiową Jarosław Woźniak z Łucznika i fotoreporter "Naszego Dziennika", Robert Sobkowicz.

- Poczułem szum w głowie i ciemność. Na koszulę lała się krew - mówi. Sobkowicz zostaje przewieziony do Szpitala Czerniakowskiego. Lekarze orzekają: "reporter stracił oko". Strzały do manifestantów w czerwcu 1999 r., zranienie fotoreportera, stały się sprawą polityczną. Użycie broni przez policję potępił o wielu polityków. - W kule gumowe powinny być wyposażone - jak we Francji - tylko specjalnie wyszkolone oddziały, który potrafiłyby się nimi posługiwać. Warunki użycia tych kul powinny być takie, jak ostrych naboi - mówił wówczas Leszek Miller. - To był nieszczęśliwy wypadek - tłumaczył się generał Ryszard Siewierski, komendant stołecznej policji.

"Sparaliżować można cały kraj" - grudzień 2008 r.



Podziel się