Sprawą media żyją od kilku dni.
Były prezydent Zabrza podejrzewany jest o brutalne zabójstwo prawnika. Do zbrodni doszło w sierpniu 2008 roku. Wtedy skrępowane, przypalone i pozbawione ucha ciało prawnika znaleziono w lesie koło Będzina. Według katowickiej prokuratury Lecha Frydrychowskiego zamordował Jerzy G. oraz dwaj związani z nim mężczyźni. Cała trójka w sobotę została aresztowana.
"GW" opisuje, że bandziorów miał naraić mechanik samochodowy z Bytomia, który we wrześniu tego roku sam zgłosił się na policję. - G. prosił mnie, żebym znalazł ludzi, którzy porachowaliby się z Frydrychowskim. Mówił, że ten gnój go niszczy. Myślałem, ze chodzi mu o pobicie, nie zabójstwo - zeznał mechanik.
G. i Frydrychowski pojechali wspólnie do lasu oglądać "drzewostan". G. miał pomagać mu w pisaniu pracy doktorskiej. W lesie czekali już bandyci i mechanik. Co się działo w lesie? Mechanik nie wie, siedział w aucie. Zeznał, że bandyci wrócili po kilkunastu minutach i chwalili się, jak kopali i okładali kijami bejsbolowymi - Dziadkowi puściły nerwy - mówił mechanik.
Za pomoc mechanik dostał 4 tys. zł. Kilka dni później dowiedział się, że Frydrychowski nie żyje.
Śledczym udało się ustalić, że telefony bandziorów i G. logowały się feralnego dnia właśnie w miejscu, gdzie doszło do zabójstwa.
Jerzy G. i Frydrychowski prowadzili interesy. G. miał pożyczyć od wspólnika 246 tys. Dług rósł, ale G. nie płacił - twierdził, że jego podpis na umowie jest nieprawdziwy. W końcu winien był 900 tys., a na jego konto wszedł komornik.
Kiedy Frydrychowski zginął, stał się automatycznie głównym podejrzanym, zwłaszcza, że jego alibi było słabe.
Więcej przeczytasz w
"Gazecie Wyborczej"