Sąd przyznał rację prokuraturze, która odmówiła wszczęcia postępowania wobec Donalda Tuska. Według związkowców ze Stoczni Gdańskiej premier miał działać na szkodę firmy. Śledztwa nie będzie, bo... związkowcy nieprawidłowo podpisali wniosek. - Polskie prawo jest chore - mówił po decyzji sądu Karol Guzikiewicz.
fot. Rafal Malko / AG
"Okrojona" debata związkowców Stoczni Gdańskiej i premiera. 18 maja 2009 r.
Z przepisów wynika, że wniosek do prokuratury powinny zgłosić dwie osoby reprezentujące zarząd stoczniowej "Solidarności". Na wniosku złożonym przez związkowców był tylko podpis wiceprzewodniczącego Karola Guzikiewicza. - "Solidarność" Stoczni Gdańskiej nie była należycie reprezentowana, z uwagi na brak drugiego podpisu. Sąd postanowił zażalenie oddalić i utrzymać w mocy zarządzenie prokuratora - uzasadniała decyzję sędzia Monika Laskowska.
"Jest presja polityczna na sędziów"
Argumentów prokuratury i sądu nie rozumie Guzikiewicz. - Polskie prawo jest chore. W Polsce jest chora demokracja - grzmiał po ogłoszeniu decyzji sądu. - Premier dzisiaj jest nietykalny, mimo iż sprawa dotyczy 700 milionów złotych. Czas najwyższy by zajął się tym prokurator generalny. Widać jest presja polityczna na sędziów - dodał wiceprzewodniczący stoczniowej "S".
Związkowcy rozważają kolejne złożenie wniosku do prokuratury, tym razem podpisanego prawidłowo.
Działacze ze Stoczni Gdańskiej oskarżyli premiera, że w majowej debacie telewizyjnej zawyżył wysokość pomocy publicznej, która trafiła do zakładu. Donald Tusk mówił o 600-700 mln zł. Według związkowców pomoc wyniosła 80 mln zł, a pomocy efektywnej było zaledwie 33 mln zł.