Przed gdańskim sądem toczy się batalia o kamienicę, o którą upomnieli się niemieccy spadkobiercy. Kilkunastu mieszkańców domu przy Polanki 58 może stracić dach nad głową. Na razie trwa prawnicza potyczka, finiszu nie widać.
Miasto chce wykazać, że poniosło ogromne koszty remontując i utrzymując kamienicę. Biegli jednak nie doszukali się rachunków za prowadzone roboty. - Nie można tych faktów odtworzyć. Dokumentacja po prostu nie istnieje - mówi biegły sądowy Jan Krakus. - Mogę jedynie opierać się na moim zawodowym doświadczeniu, że mówimy o kwocie od miliona do miliona pięciuset tysięcy.
Zdaniem radców prawnych reprezentujących miasto Gdańsk, koszty te są kilkakrotnie wyższe. Po negatywnej dla nich opinii dwojga biegłych, chcieli powołania całego zespołu ekspertów, którzy kompleksowo prześledziliby wszystko co związane z kamienicą - rzeczoznawców, budowlańców, prawników. Sąd nie zgodził się na to. Adwokaci reprezentujący przed sądem mieszkańców chcą wykazać co innego. - Rzekomo spadkobiercy dostali odszkodowanie za zrzeczenie się prawa do kamienicy - mówi adwokat Paweł Giemza. - Niestety nie ma na to dowodów poza zeznaniami stron - dodaje.
Mieszkańcy, którzy mogą stracić dorobek życia, są karmieni obietnicami polityków. - Mówią, że zapewnią nam lokale, ale nie mamy nic na piśmie. To są jedynie wypowiedzi - mówi Jacek Maciejewicz. Powoli traci nadzieję na pozytywny finał. - Coraz bardziej nas to boli, że w zasadzie nie wiemy co z nami. Nie mamy jasnego oparcia. Ani w gminie, ani w nikim.