Sprawą od kilku tygodni żyją
Niemcy. Piotr Waglowski, prawnik i bloger opisał historię, którą żyją niemieckie media
na swoim blogu.
Mam wasze dane i co teraz? W połowie października Matthiasowi L. udało się znaleźć lukę w zabezpieczeniach serwisów społecznościowych StudiVZ i MeinVZ.
To odpowiedniki Naszej-klasy. Oba łącznie mają ok. 15 milionów użytkowników, głównie młodych ludzi powyżej 12 roku życia. Dane młodocianych są w Niemczech pod szczególnym nadzorem. Chodzi przede wszystkim o ochronę ich zdjęć przed wykorzystaniem przez administratorów stron pedofilskich.
Niemiecka prasa pisze, że Matthias L. zdobył 1,6 miliona różnych danych osobowych. Były to nazwiska użytkowników, informacje o szkołach, w których się uczą, listy znajomych oraz fotografie.
O tym, że jest w posiadaniu danych osobowych użytkowników, 20-latek poinformował za pośrednictwem bloga netzpolitik.com. Nie opublikował ich jednak od razu.
To był dobry ruch.
Nagroda za nicnierobienie? Z chłopakiem skontaktowała się z firma VZ-Netzwerke, która jest właścicielem obu serwisów, i zaczęły się negocjacje - początkowo za pośrednictwem internetowego czatu. Głównie finansowe.
Przedstawiciel firmy, który rozmawiał z Matthiasem, chciał go najpierw wybadać. Nie było wiadomo, kim jest, co zrobi z danymi. Ich opublikowanie w sieci byłoby kompromitacją dla serwisu.
Chłopak nie ukrywał, że swoją akcję traktował jak zabawę. W rozmowie padło sformułowanie "just4fun projekt".
Zaproszono go (wg innych wersji - zwabiono) na spotkanie w berlińskiej siedzibie VZ-Netzwerke. Chłopak przyjechał taksówką.
Następne zdarzenia znamy tylko z relacji przedstawicieli firmy - Matthias zaproponował im kupno oprogramowania lub rozwiązań technicznych, które mogłyby zapobiec wyciekowi danych i zapobiec ich kradzieży w przyszłości. Zaoferowano mu 20 tys. euro. Według relacji przedstawiciela firmy, chłopak poczuł się panem sytuacji i zaczął podbijać cenę. Domagał się nawet 80 tys. euro, szantażował.
Wtedy gospodarze zdecydowali się wezwać policję. Chłopakowi postawiono zarzut szantażu i wymuszenia.
Haker mimo woli O sprawie zrobiło się głośno w mediach. Artykuły na ten temat opublikował m.in. "Der Spiegel". Chłopaka nazywano hakerem, choć nie jest nim do końca. Nie włamał się na stronę, nie obszedł zabezpieczeń, nie wykorzystał danych, ani nie opublikował ich w sieci.
L. trafił do policyjnej izolatki. Po prawie dwóch tygodniach, w nocy z 30 na 31 października, popełnił samobójstwo. Niemieckie media podają, że się powiesił. Nie ujawniają jednak, jak mogło do tego dojść w zamkniętym zakładzie. Nie wiadomo też, czy w pomieszczeniu była zamontowana kamera.
Policji udało się ustalić, że chłopak miał problemy emocjonalne. Media spekulują, że w tym stanie nie powinien trafić do izolatki.
Firma VZ-Netzwerke wyraziła w oświadczeniu żal z powodu śmierci 20-latka. Nabrała jednak wody w usta ws. ochrony danych osobowych. Wczoraj na oficjalnej stronie StudiVZ ukazał się komunikat, w którym serwis utrzymuje, że nie negocjował z chłopakiem i nie oferował mu pieniędzy za milczenie.