Kiedy prezydent Czech głęboko zastanawiał się nad złożeniem podpisu, najgłośniej mówiło się o kandydaturze
Tony'ego Blaira. Były premier Wielkiej Brytanii, choć mocno popierany był przez rządzących Albionem polityków, wzbudzał też sporo kontrowersji. Jego przeciwnicy pytali, czy zaszczytną funkcję "prezydenta UE" powinien sprawować polityk z kraju, z którego wieje eurosceptycyzmem.
Wielka Brytania nie jest w strefie Shengen, nie przyjęła też wspólnej europejskiej waluty. Blair ma też na koncie popieranie wojny w Iraku. Najmocniejsze weto ws. Blaira przyszło od hiszpańskich socjalistów. Szanse b. brytyjskiego premiera przekreślił premier Jose Luis Zapatero, który odmówił mu ewentualnego poparcia. Podobnie postąpiła frakcja socjalistyczna w europarlamencie i dziś o brytyjskim polityku w kontekście europrezydentury mówi się wyłącznie czasie przeszłym.
Lider z małego kraju Przykład Blaira pokazał, że z wyborem polityka z dużego kraju może być problem. Taki prezydent niejako z przyzwyczajenia "ciążyłby" w stronę dużych krajów - tłumaczyli m.in. polscy dyplomaci. Dlatego obecną listę kandydatów tworzą politycy z mniejszych państw o zdecydowanie mniej znanych nazwiskach. Kandydat numer jeden ostatnich dni to belgijski premier
Hermana Van Rompuy. Ten chadecki polityk miałby gwarantować, że u steru UE zamiast polityka-wizjonera, narzucającego innym swoje koncepcje, stałby człowiek od "czarnej roboty", polegającej na sumiennym koordynowaniu pracy Rady Europejskiej. Rompuy nie potwierdza, ani nie zaprzecza, że będzie się ubiegał o prezydenturę. Inaczej niż premier Luksemburga
Jean-Claude Juncker, który wypowiadał się o już gotowości do kandydowania. W blokach startowych ustawił się jeszcze trzeci przedstawiciel krajów Beneluksu, premier Holandii
Jan Peter Balkenende.
Kobieta lub chadek Coraz śmielej w mówi się w Unii, że prezydentem powinna być kobieta. Polacy pytani przez "Rzeczypospolitą", kogo najchętniej widzieliby w tej roli, wskazali kanclerz Niemiec
Angelę Merkel. Jednak Merkel, której partia wygrała niedawne wybory parlamentarne w Niemczech niemal na pewno nie będzie starała się o stanowisko w UE. Bardziej prawdopodobne jest to w przypadku prezydent Łotwy
Veiry Vike-Freiberg. Poparcie dla jej kandydatury już zgłosiła
Litwa. Do paktu państw Bałtyckich, i być może skandynawskich, może też dojść wokół kandydatur prezydenta Estonii
Toomasa Hendrika Ilvesa lub Fina
Paavo Lipponenena.
Kluczem do wyboru przewodniczącego Rady UE będzie chęć zachowania politycznej równowagi w strukturach UE. Głośno mówi się, że skoro szefem unijnej dyplomacji ma zostać socjalista (a to z kolei dlatego, że u steru Komisji Europejskiej stoi chadek), to prezydentem Unii powinien być ktoś z prawego skrzydła. Wtedy rosłyby szanse wszystkich centroprawicowych kandydatów z Beneluksu oraz byłego prawicowego kanclerza Austrii
Wolfganga Schuessela.
Organizator, nie pomnik Choć czasu mało, wybór prezydenta UE - wielu uważa, że to określenie na wyrost - nie spędza snu z powiek europejskim politykom. Polski rząd, ustami szefa UKIE Mikołaja Dowgielewicza, powtarza swoją koncepcję: prezydentem UE powinien być sprawny organizator. Polska nie chce, żeby było to stanowisko symboliczne, dlatego pomysł, by wysunąć kandydaturę Lecha Wałęsy, upadł w przedbiegach.
W najbliższych dniach premier Szwecji Frederik Reinfeldt przeprowadzi konsultacje telefoniczne z wszystkimi państwami członkowskimi UE, by wyłonić oficjalną listę kandydatów. Zwycięzcę poznamy nadzwyczajnym szczycie Unii, który odbędzie się w połowie listopada.